Annelotte Lammertse
Anna Pajęcka: Jak wspominasz pracę w Zamku Ujazdowskim, zwłaszcza na tle innych instytucji, z którymi współpracowałaś?
Annelotte Lammertse: Bardzo doceniam czas, który mogłam tam spędzić. Największym atutem tego miejsca jest oczywiście park – zieleń otaczająca Zamek. Dla mojej praktyki to warunki idealne, bo często pracuję z roślinami i historiami ich użytkowania oraz sposobami zarządzania nimi. Był to niezwykle stymulujący kontekst. Cenię sobie także mocny nacisk, jaki kładzie się tu na badania. Dostajesz czas na rozwijanie projektu, a nie jesteś bez przerwy popychana do produkowania nowych prac – choć taka presja zwykle jest wpisana również w moją działalność. Możliwość zwolnienia tempa, realnego zanurzenia się w badania i pobycia w danym miejscu jest rzadkością, a jednocześnie ma ogromne znaczenie.
CSW wyróżnia się również tym, że sam proces traktuje jako wartość. W Zamku jest przestrzeń na pracę opartą na procesie, co bardzo odpowiada temu, jak działam. Nie w każdej instytucji tak to wygląda.
Wspomniałaś, że twoja praktyka jest mocno procesualna. Jak długo zazwyczaj trwa proces?
Wszystko zależy od konkretnego projektu. W którymś momencie potrzebuję jednak delikatnej presji, zewnętrznego bodźca, które pozwolą domknąć proces – inaczej mogłabym prowadzić badania właściwie bez końca. Trzy miesiące, które miałam na pracę badawczą w Zamku Ujazdowskim, okazały się pod tym względem czasem idealnie wyważonym.
Ważny jest nie tylko sam czas, lecz także to, gdzie się jest i w jaki sposób dane miejsce zaczyna nadawać kształt pracy: jak się z nią splata, jak ją modyfikuje. Podczas rezydencji koncentrowałam się na grupie roślin szczególnie związanych z miesiącem mojego pobytu. Interesowały mnie rośliny i ich relacje z miejscem: związki z historią, kulturą i lokalnym folklorem, ale też z warunkami biologicznymi. Obserwowałam fazy ich wzrostu i to, jak pojawiają się w różnych częściach miasta. Rośliny nie tylko się zakorzeniają w miejscu, lecz także je współtworzą, absorbują i wprawiają w ruch. W tym sensie czas i przestrzeń pozostają dla mnie kluczowe, gdy się zastanawiam, jak pracować z roślinami i jakie relacje za ich pośrednictwem ujawniają się w danym miejscu.
Chciałabym zapytać o rolę pór roku w twojej pracy. Czy są dla ciebie ważne? Czy wpływają na twoją praktykę? Wspominałaś, że byłaś w Warszawie w czerwcu, latem. Czy istnieje „właściwa” pora roku dla twojej pracy?
Podczas rezydencji zauważyłam, że miesiąc czerwiec dzieli nazwę z owadem – czerwcem polskim. To owad żyjący na korzeniach kilku dziko rosnących roślin, najczęściej na czerwcu trwałym. Samice tego pluskwiaka zbierano właśnie w czerwcu, żeby pozyskać z nich czerwony barwnik. Ślady tych relacji, zapisane w języku – w nazwie owada, rośliny i samego koloru – wydały mi się niezwykle poruszające. Pokazują, jak procesy naturalne i relacje z roślinami były kiedyś organicznie związane z czasem, sezonowością, cyklami roku.
Równocześnie uderza to, jak bardzo te powiązania zostały dziś wymazane z naszej codzienności. Od dawna pracuję z barwnikami i pigmentami, a jednak przed przyjazdem na rezydencję nigdy nie słyszałam o czerwcu polskim. To wiele mówi o samych barwnikach, o historii relacji, które tworzymy z roślinami i naturalnymi pigmentami – o tym, jak je traktujemy, jak o nich myślimy, w jaki sposób ich obecność jest dziś ignorowana. Tymczasem ślady po nich pokazują, jak ważną rolę odgrywały kiedyś w kształtowaniu kultury, w gospodarce, w relacjach handlowych. Mierzymy się z historią tych relacji, opartych na ekstrakcji i nadmiernej eksploatacji roślin i owadów. Moje badania dotyczą śladów roślin barwierskich, owadów barwierskich i tego, jak one dziś się manifestują w przestrzeni społecznej, szczególnie w krajobrazach miejskich. To rodzi pytania o kruchość tych miejsc i gatunków, o ich niepewny status. Interesuje mnie, co te krajobrazy mówią o naszych relacjach i wspólnych historiach z roślinami – w tym przypadku z konkretnym owadem.
Gdzie znalazłaś tę roślinę i samego owada?
Czerwiec trwały rósł kiedyś niemal wszędzie w Polsce. To roślina dzika, dobrze czująca się na czystym piasku, więc pojawiała się przy drogach, na obrzeżach pól, we wszystkich „pomiędzy” – na nieużytkach, przy granicach upraw. Była jednak bardzo intensywnie eksploatowana i z czasem gospodarka oparta na czerwonym barwniku pozyskiwanym z czerwca zaczęła podupadać, aż w końcu załamała się w XVI wieku, wraz z początkiem kolonizacji. Wtedy głównym źródłem czerwonego barwnika stał się czerwiec kaktusowy z Ameryki Południowej, przede wszystkim z terenów dzisiejszego Meksyku.
Dziś czerwiec trwały rośnie tylko w nielicznych miejscach. Udało mi się znaleźć pojedyncze stanowiska na obrzeżach Warszawy. Inne rośliny-żywiciele są w mieście wciąż dość częste, ale sam owad praktycznie już nie występuje.
Co dokładnie robiłaś podczas rezydencji w Zamku Ujazdowskim? Z jakim pomysłem tu przyjechałaś?
Moim zamysłem było przyjrzenie się parkowi – jego historii oraz roślinom, które tam rosną. Chciałam także zbadać nieużytki i tereny graniczne w mieście i sprawdzić, jak te różne przestrzenie mogą się ze sobą łączyć. Interesowało mnie, jak miasto odnosi się do zieleni: jakie gatunki pojawiają się w miejscach marginalnych, jaką rolę odgrywały w praktykach barwierskich i co to mówi o naszych współczesnych relacjach z roślinami.
W dniu przesilenia letniego zorganizowałaś warsztaty. Możesz o nich opowiedzieć? Dlaczego wybrałaś akurat ten dzień?
Wybrałam przesilenie letnie przede wszystkim ze względu na jego związek z czerwcem – zarówno miesiącem, jak i owadem o tej samej nazwie. To właśnie wtedy czerwce łączą się w pary i składają jaja na korzeniach roślin, a także mogą być pozyskiwane. Historycznie owada i roślinę często kojarzono z dziurawcem świętojańskim. Obie rośliny tradycyjnie były zbierane właśnie w noc świętojańską, kiedy – jak wierzono – mają największą, niemal magiczną moc, związaną z momentem, w którym słońce znajduje się najwyżej.
Kwiat świętojański od dawna łączy się z kolorem czerwonym, bo w jego płatkach kryje się szczególny czerwono-purpurowy pigment, kojarzący się z krwią. Z rośliny tej wytwarza się też silnie działający olej leczniczy. Kiedy jej kwiaty pozostawi się na trzy miesiące w oleju, na słońcu, barwa powoli przechodzi z żółtej w głęboką czerwień. Podczas warsztatów przygotowywałyśmy właśnie taki olej – swoisty nośnik światła na zimowe miesiące, sposób na przeniesienie odrobiny letniego słońca w ciemniejszą porę roku. Oprócz oleju piłyśmy też sok zawierający ślady czerwca polskiego. Dawniej owada wykorzystywano w leczniczych miksturach.
Warsztaty były dla mnie okazją, by połączyć różne znaczenia i zastosowania roślin, potraktować rośliny jako wielowarstwowe narzędzia ochrony. Pigmenty pełnią u nich funkcję obronną, pozwalają im przetrwać. W historii ludzie także używali roślin i owadów jako narzędzi ochrony. Podczas warsztatów przyglądałyśmy się tym nakładającym się logikom i próbowałyśmy je wspólnie podważać i rozplątywać.
W rozmowie z inną rezydentką Wspólnego pola, Julią Ciunowicz, pytałam o patrzenie na rośliny podmiotowo – jako na coś więcej niż narzędzie lub materiał roboczy. A jak ty na nie patrzysz?
W mojej praktyce zawsze staram się stawiać rośliny w roli głównych bohaterek. W obowiązującej hierarchii relacji z bytami nieludzkimi rośliny znajdują się na samym dole. Przez długi czas je lekceważono, traktowano jako tło – zarówno w sztuce, jak i w historii sztuki. Widzi się je jako obiekty, które można po prostu wydobywać i wykorzystywać.
Ja staram się umieszczać ich relacje i sprawczości na pierwszym planie. Wielość powiązań i form wiedzy, które generują, jest dla mnie narzędziem do odejścia od jednostronnego, instrumentalnego spojrzenia. Chodzi o szukanie sposobów na to, żeby pozwolić roślinom mówić własnym językiem. Można się na przykład zastanowić, co produkcja pigmentu oznacza dla samej rośliny czy dla ciała owada. Ta próba równoważenia perspektyw i wprowadzania różnych głosów jest czymś, do czego wciąż wracam.
To zawsze są pytania: Jak to zrobić? Jak unikać projekcji naszych ludzkich fantazji na rośliny, jak nie sprowadzać ich do narzędzi czy obiektów, a jednocześnie nadal budować z nimi relacje? Jak pozwolić im istnieć na własnych zasadach, w ich własnych sposobach bycia i inteligencjach?
Wcześniej użyłaś słowa „relacje”. Co ono znaczy w twojej praktyce artystycznej?
Dla mnie relacje są właściwie wszystkim. Moja praca polega na nieustannym tworzeniu nowych powiązań – z roślinami, z ludźmi, z owadami – oraz na badaniu, jak te połączenia mogą się kształtować. Jesteśmy istotami relacyjnymi; bez przerwy wchodzimy w różne układy i zależności. Bardzo mi zależy, żeby to było obecne także w mojej pracy. Dlatego w swoich działaniach zawsze staram się uwzględniać wiele głosów, na przykład poprzez warsztaty. Oprócz tych czerwcowych zorganizowałyśmy też spotkanie w sierpniu, podczas którego zaprosiłyśmy uczestników do wspólnej pracy, pisania i czytania. Efekty tych spotkań staną się częścią projektu – to sposób, by wprowadzić wielość perspektyw.
Ostatecznie moja praca dotyczy relacyjności koloru, roślin i pigmentów. Rośliny żyją dzięki swojemu otoczeniu i w relacji z nim – podobnie jak kolor. Kolory, tak jak rośliny, nie są czymś statycznym: mają własny rytm, czas i energię.
W rozmowach z rezydentami Wspólnego pola motyw wszechobecności relacji powraca zaskakująco często. To chyba wspólny mianownik wszystkich waszych praktyk. Wiem też, że zajmujesz się „niechcianymi” roślinami i krajobrazami marginalnymi. Co cię w nich przyciąga?
Interesuje mnie szerokie znaczenie słowa „chwast” i to, że dziś tak rzadko z tych roślin korzystamy. Pojawiają się głównie na obrzeżach miast, w przestrzeniach „pomiędzy”. Uderza mnie fakt, że wiele z tych gatunków jest obecnie ściśle chronionych – znaczna część trafia na listy gatunków zagrożonych.
Gdybyś miała wskazać jedną rzecz, która jest w twojej pracy najważniejsza, co by to było?
Fascynuje mnie wielowarstwowość roślin – ich złożone relacje z naszym światem. Rośliny są głęboko osadzone w naszej rzeczywistości na wielu poziomach: klimatycznym, społecznym, kulturowym, ekonomicznym, ale też w sferze praktyk rytualnych. Rośliny tworzą wspólnoty, a tym samym budują kulturę – i my jesteśmy jej częścią.
Myślę, że zachodni sposób patrzenia często polega na wyizolowaniu jednej właściwości rośliny. A dla mnie kluczowa jest właśnie sieciowość: to, jak rośliny i ludzie splatają się ze sobą, i że – w obliczu współczesnego kryzysu – musimy szukać innych sposobów współistnienia.
Obecna sytuacja to rezultat nadmiernej kompostacji, rosnącego poziomu azotu, no i oczywiście zmian klimatycznych. Znikają nagie, piaszczyste siedliska, a rośliny, które od nich zależą, znajdują się w najbardziej niepewnej sytuacji. Co znamienne, bardzo często to właśnie te rośliny wytwarzają pigmenty. To powiązanie jest kluczowe w moich badaniach.
Czy twoim zdaniem instytucje sztuki mogą stać się prawdziwymi sprzymierzeńcami w ekologicznej zmianie?
Myślę, że tak – zwłaszcza w obszarze budowania świadomości, tworzenia programów wokół relacyjności oraz kreowania sposobu myślenia o powiązaniach i nadawania im znaczenia.
Istnieje też ryzyko, że ekologia stanie się kolejnym „odfajkowanym” punktem – kryterium, które instytucja musi spełnić. Bardzo łatwo przekształcić ją w modne hasło. Z jednej strony to tematy fundamentalne i wymagające objaśniania, z drugiej – obawiam się ich czysto symbolicznego traktowania.
Dlatego ważne jest dla mnie działanie wspólnotowe. Nie wierzę, że sama mogę wywołać jakąś dużą zmianę – przynajmniej nie bezpośrednio i nie od razu. W pracy zbiorowej łatwiej dostrzec, co może się wydarzyć, kiedy działamy razem. Czasem mam wrażenie, że funkcjonujemy w bańce osób zaangażowanych w podobne sprawy, osób, które w dużej mierze się ze sobą zgadzają – przynajmniej w obrębie instytucji. Największym wyzwaniem jest otwarcie tego na szerszą publiczność. W tym sensie instytucja może być bardzo silnym narzędziem, choć nadal uważam, że to trudne zadanie.