Anka Wandzel
Anna Pajęcka: Twoja rezydencja miała być odpoczynkiem od pracy opiekuńczej. Jednocześnie dużo podczas niej pracowałaś, także na relacjach, w których trzeba być czasem uważnym, czułym. Da się w ogóle uciec od opieki?
Anka Wandzel: Moim zdaniem – nie. Opieka jest jedną z podstawowych form naszego współistnienia, szczególnie w przypadku osób socjalizowanych jako kobiety, ale nie tylko. W intensywnych sytuacjach, jak rezydencje, jest stale obecna i wielopoziomowa: to coś, co wykonujesz i czemu sama podlegasz. Taki sposób urządzania się w świecie.
Gdzie więc znalazłaś wytchnienie?
Miałam momenty prawdziwego odpoczynku. Mieszkam niedaleko Zamku Ujazdowskiego, po położeniu dzieci mogłam przyjść do Laboratorium i przespać całą noc. To było dla mnie rewolucyjne i emancypacyjne. Wciąż bagatelizujemy to, jak chroniczny niedobór snu wpływa na zdrowie psychiczne, fizyczne i ogólny dobrostan rodziców – w Polsce kulturowo zwłaszcza matek. Dostałam bezpieczną przestrzeń i – po raz pierwszy, odkąd jestem matką – własne biurko i własny pokój na trzy miesiące. Kiedy składałam wniosek, namówiona przez koleżanki i przerażona, bo przecież „pisarki nie są artystkami”, napisałam wprost, że koncepcja Wspólnego pola mieści moją codzienną praktykę: nie tylko pisanie o związkach przyrody, opieki, pracy i sztuki, ale po prostu pracę domową i emocjonalną. Perspektywa odskoczni od tej codziennej roboty wydawała mi się niesamowicie cenna i twórcza. Nie byłam zresztą jedyną zaproszoną do projektu matką. Jedna z artystek przyjechała na naszą późniejszą wystawę z malutkim dzieckiem i partnerem, który nosił je w nosidle, dzięki czemu ona mogła montować pracę. To dla mnie Wspólne pole w praktyce: nie hasła, tylko realne praktyki wsparcia, wpuszczone do instytucji.
Czym dla ciebie jest wspólnota?
Przestrzenią solidarności i empatii, dzielenia się opieką, robienia miejsca. Podczas mojej rezydencji kończyły się w Zamku Ujazdowskim warsztaty dla matek-twórczyń. Dzieci mogły pełzać po podłodze, a dorosłe rozmawiały o swojej sztuce. To jest naprawdę potrzebne. Kiedy urodził się mój syn, nie miałam czegoś takiego – bardzo mi tego brakowało i mocno wpłynęło to na mój stan. Perspektywa, że mogę zaistnieć w przestrzeni kultury nie tylko jako wyrobniczka, ale też jako matka, która stawia granice i mówi: „Chętnie, ale na to spotkanie nie przyjdę, bo muszę odebrać dzieci”, a instytucja odpowiada: „Jasne, powodzenia, trzymaj się”, wydała mi się doskonała.
Gdy dzieci chorowały, a ja nie miałam przestrzeni na pracę z CSW, nikt się nie denerwował. I za tę elastyczność jestem niesamowicie wdzięczna. Wydaje mi się, że program dla rezydentek działał niekiedy na uczciwszych zasadach niż sama instytucja wobec swoich pracownic.
Skąd wziął się pomysł na rozmowy z pracownikami?
Zrodził się w trakcie rozmów z zespołem rezydencyjnym. Na zaproszenie osób uczestniczących przeniosłam moją codzienną praktykę dziennikarsko-pisarsko-badawczą, z której się utrzymuję, na pole rezydencji: przeprowadziłam szereg wywiadów z pracowniczkami i pracownikami CSW na temat ich relacji z okolicznym środowiskiem przyrodniczym. Dzięki temu nie byłam „spadochroniarką” – miałam poczucie wzajemności, lepiej poznałam zespół i inaczej nawigowałam pobyt. To też uruchomiło myślenie o systemowych możliwościach i ograniczeniach pola kultury.
Wspólnota jest ci potrzebna, czy raczej przeszkadza w pisaniu?
Najlepiej mi się pisze w ciszy i samotności. Wtedy się regeneruję. Ale bez wspólnoty nie pociągnę – mam dwoje małych dzieci i potrzebuję wsparcia. Szybko zrozumiałam, że muszę mieć „rodzinę z wyboru”, buduję ją od lat. W zespołach cenię transparentne, wzajemne wsparcie. Choć niestety w kulturze wsparcie bywa przykrywką dla nadużyć: przerzucania pracy, wykorzystywania, przekraczania granic. Dlatego mimo że lubię procesy wspólnotowe, bo otwierają twórczo, staram się ich nie idealizować. W końcu relacje opieki są też relacjami władzy.
Rozwiniesz?
Opieka jest nierówna z definicji. Opiekując się kimś, zyskujesz wpływ, a ta osoba pozostaje w zależności – nawet, jeśli to relacja miłości. Ponieważ opieka bywa nierozpoznawana jako praca, często wchodzi w grę przemoc ekonomiczna lub symboliczna. Wykorzystujemy pomoc do wzmacniania pozycji lub ułatwienia sobie funkcjonowania. W mojej książce Sztuka przetrwania przywołuję badania Oxfamu – gdyby płacić kobietom co najmniej pensję minimalną za nieodpłatną, niewidzialną opiekę domową, dołożyłyby do globalnego PKB trzykrotnie więcej niż cały przemysł IT. W tym świetle trudno nie widzieć w opiece wbudowanej nierówności.
Opieka jest potrzebna i otwierająca, tylko nie powinna być idealizowana. Trzeba widzieć także jej trudności i pułapki. Kiedy pisałam Sztukę przetrwania, konsultowałam rozdział o granicy z przyjaciółką z dużej organizacji humanitarnej. Podkreślała wagę pisania o niewidzialnej, nieodpłatnej opiece w sektorze humanitarnym, ale też ostrzegała, że ta relacja bywa niebezpieczna dla wielu stron. Uczyła, by nie infantylizować osób będących pod opieką. Nie każda historia jest wzruszająca – bywa też przemocowo i nie fair. Im bardziej cenimy troskę, wspólnotę, opiekę, tym mocniej musimy znać ich ograniczenia.
W rozmowie z kolektywem GALAS – Vladem Grynem i Tarasem Gembikiem – rozbrajaliśmy w podobny sposób, krytycznie pojęcie gościnności. Też miękkie i z zasady bardzo pozytywne, ale zakładające brak równowagi między goszczącym a goszczonym. Cieszę się, że przy okazji tych rozmów możemy poddawać krytycznej refleksji pewne często powtarzane pojęcia.
A jak wyglądało instytucjonalne tło waszej rezydencji?
Trafiliśmy na odwilż po „dobrej zmianie”. Część rzeczy wyszła, część nie. Mam wrażenie, że nieco za bardzo podkręcono tempo i nadprodukcja wydarzeń z ogłoszonego wówczas open calla wszystkich przerosła. Ludzie w instytucji byli dramatycznie przepracowani i sfrustrowani. My jako rezydentki miałyśmy sporo przestrzeni, ale osobom, które normalnie by nam z ramienia instytucji towarzyszyły, brakowało czasu, bo tonęły w robocie związanej z restrukturyzacją instytucji. To uświadamiało, że takie „wspólne pole” nie zawsze jest możliwe w warunkach publicznej, ministerialnie dotowanej instytucji. Ponieważ wcześniej badałam pole sztuki, nieszczególnie mnie to zaskoczyło czy ubodło. Widziałam, jak wszyscy są przepracowani. Kontekst ten miał jednak także – przynajmniej z mojej perspektywy – dobre strony. Inspirował do wymiany doświadczeń z innymi rezydentkami, nie tylko z Polski. Niejedna osoba pracująca w kulturze ma poczucie, że tylko ona jest prekariuszką – dobrze czasem usłyszeć, że wcale tak nie jest. I że wszystkie jedziemy na podobnie chybotliwym wózku.
Wydaje mi się, że wzajemna nauka to już duża wartość tworzenia takich przestrzeni do spotkania.
Tak, chociażby po to, aby stawiać pytania: czy chcemy w tym być? na co się zgadzamy? co jest dla nas komfortowe? co można zmienić? jak możemy się nawzajem wspierać? Rezydencja to nie tylko networking, to także miejsce, gdzie można się uczyć stawiania granic.
Tworzenie narzędzi naprawczych ma większy sens, gdy pracujemy razem w jednym polu, niż na kongresach i w debatach.
W twoim eseju podsumowującym działania w ramach rezydencji trochę polemizujesz ze zdaniem, które ja kiedyś napisałam w jednym z tekstów – że nie istnieje realna debata o ekologicznych instytucjach sztuki. Brak, o którym pisałam, ma charakter systemowy. Zmiana powinna dotyczyć przemyślenia, czym dziś jest instytucja i jaka powinna być, bo zadania, które stają przed nami, są już zupełnie inne.
Zgadzam się, że bez zmian systemowych daleko nie zajedziemy, ale tracę wiarę, że są one możliwe w niedługiej perspektywie, ponieważ w Polsce kształt instytucji publicznych wciąż jest zależny od wyników kolejnych wyborów.
Ważną zmianą byłoby na pewno przyznanie większej sprawczości osobom, które w danym miejscu pracują. Nie dlatego, że mają na własną rękę za nas i za rząd zmieniać cały świat, tylko po to, by – jeśli mają taką wolę – mogły dopasować instytucję do swoich potrzeb i realiów, w których pracują.
Tak też się działo na spotkaniach Zielonego Zespołu w CSW. Ludzie przede wszystkim odkrywali z ulgą, że nie są jedynymi zaangażowanymi i osoby z innych działów myślą i działają podobnie. To zainspirowało do wielu otwierających rozmów, z których zrodziła się masa świetnych pomysłów, jak choćby taryfikator za niszczenie parku przez najemców podczas imprez masowych. Dzięki wieloletniej praktyce ludzie świetnie wiedzieli, na jakie rozwiązania najlepiej postawić. A powołanie Zielonego Zespołu umożliwiło im implementację tych rozwiązań oraz wpisanie ich do statutu, który nie tak łatwo później zmienić. Wydaje mi się niezwykle ważne, by ludzie pracujący w danej instytucji mieli realny wpływ na wspólną rzeczywistość, skoro to oni, ze środka, wiedzą najlepiej, czego tym konkretnym galeriom czy muzeom potrzeba. Szczególnie pod kątem relacji z najbliższym środowiskiem.
Widziałam to wyraźnie w rozmowach z pracownikami CSW. Każdy miał związane z parkiem wspomnienia, małe rytuały i rozmaite, pozytywne emocje. Z kolei jeszcze w latach 90. parku się głównie bano, ponieważ podczas wernisażu znaleziono tam ciało zgwałconej kobiety. Wtedy pracownicy codziennie po zmroku odprowadzali pracowniczki na przystanek, bo realnie się bali o ich bezpieczeństwo. Środowisko, w którym działamy, ma ogromny wpływ na nasz komfort pracy, kreatywność, dostępność materiałów, a także na to, czy jesteśmy włączeni, czy wyłączeni ze społeczności lokalnej.
Zresztą dla mnie w ogóle dzielenie przyrody i kultury na dwa ministerstwa, dwa odrębne tematy jest absurdem. Żyjemy w dobie zmian klimatu i za chwilę Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego będzie musiało – czy tego chce, czy nie – zająć się rewitalizacją środowiskową i renaturalizacją, bo inaczej nasze „dziedzictwa kulturowe” po prostu zaleje lub spali. Ludzie pracujący w instytucjach wiedzą to i często sami na własną rękę biorą odpowiedzialność za układanie się z lokalną przyrodą. Jeszcze za czasów „dobrej zmiany” osoby z działu administracji w CSW się wściekły, że każą im pakować liście do worków na śmieci. Oddolnie założyły więc swoje glebarium. Dziś jest ono ogromnym kompostownikiem, z którego korzysta się przy pielęgnacji parku. Mieszkają tam nawet jeże. W toku prac Zielonego Zespołu okazało się też, że ochroniarz w budynku, w którym spałam podczas rezydencji, jest ornitologiem. Wcześniej pracował w PAN-ie i to on – na szczęście odpłatnie – zrobił inwentaryzację fauny parku.
Co to zmienia w myśleniu o instytucji?
Ta przyrodnicza perspektywa pozwala zobaczyć inne potencjały ludzi z zespołu i rozbić hierarchiczne myślenie. Zazwyczaj się uważa, że pracownicy techniczni i administracyjni są niekreatywni, a merytoryczni – kreatywni. Tymczasem najcenniejsze, ekologiczne i wspólnotowe inicjatywy bardzo często wychodzą właśnie od tych pierwszych.
Zamek już teraz ma problem: leży na trasie migracyjnej biedronek azjatyckich. Owady traktują bryłę budynku jak wielką, ciepłą skałę i zasiedlają baszty. Z takim trudnym sąsiedztwem będzie mierzyć się coraz więcej instytucji. Nie wspominając o górach śmieci po każdej wystawie, o środkach i zasobach przepalanych na kolejne projekty, by rozliczyć się z ministerstwem. Ślad węglowy instytucji wciąż jest kolosalny.
Skoro coraz bardziej dopuszczamy do siebie myśl, że opieka – ten miecz obosieczny – jest kluczem do wspólnego przetrwania, to musimy zacząć dbać o środowisko na inną skalę. Kultura staje się kolejną przestrzenią, w której trzeba to sobie wyobrazić, rozrysować i wdrożyć.
A czy podczas rezydencji miałaś okazję trochę fizycznie pogrzebać w ziemi? Pytam, bo wiem, że jesteś członkinią Spółdzielczej farmy MOST.
Kopałam tylko na naszej farmie. Z ogrodnictwem jest jak z opieką: czasem warto pokopać, ale czasem lepiej po prostu zostawić coś w spokoju i dać temu żyć po swojemu.