Anna Pajęcka 

Anna Pajęcka  

 

Kiedy zaczynałam serię rozmów z rezydentkami i rezydentami Wspólnego pola, miałam swoje pierwsze rozpoznania i kilka intuicji, a na pewno dużo pytań. Wiedziałam, że pojęcie wspólności, z którym będę spotykać się przez kolejne tygodnie, za każdym razem okaże się inne. Liczyłam też na głosy krytyczne takie, które dostrzegą niebezpieczeństwa wynikające z fałszywych albo zbyt ciasnych wspólnot.pole? Przestrzeń o wielu znaczeniach: czasem coś, co się zawłaszcza; czasem coś, co wszystko pomieści; czasem bezpieczna enklawa, do której nikogo się nie wpuszcza. Gdy myślę o polu, widzę raczej całość, obszar domknięty. Na najbardziej praktycznym poziomie wspólnym polem była po prostu instytucja i park Ujazdowski, czyli zielona przestrzeń wokół Zamku, oraz skarpa, na której dole mieszkam i dotąd kojarzyła mi się głównie z trudnym podjazdem pod górę za każdym razem, gdy chciałam do miasta, a po kilku rozmowach odsłoniła się przede mną jako wyjątkowy obszar. Rezydenci i rezydentki na różne sposoby zanurzeni byli w zielonych tematach, ekologii, praktykach ogrodniczych, miejskich przestrzeniach zielonych i to właśnie te tematy wyznaczają główną oś Wspólnego pola. 

Jednak po pierwszych rozmowach ta oś zaczęła mi się wykręcać w różnych kierunkach. Zorientowałam się, że w kontekście tej rezydencji pole przypomina raczej graf, układ zazębiających się obszarów przenikających się i nachodzących na siebie do których każda osoba rezydencka dopisuje własny węzeł, no i powstaje z tego niezła mapa, cała zamazana, dzika jak Zakole Wawerskie. Te różnorodne obszary narysowane na moim wyobrażonym grafie to wrażliwości, spojrzenia i tematy, które artyści i artystki podejmowali w ramach rezydencji. Kilka z nich wracało ciągle. Najczęściej: relacje. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy słyszałam to słowo chyba częściej niż przez całe życie i to nie jako pusty termin, lecz jako opowieść o tym, jak więzi się kształtuje, czego się doświadcza wśród ludzi i nieludzi i co można zrobić razem. Maksud Ali Mondal mówił o relacjach jako o współistnieniu. Annelotte Lammertse powiedziała wprost: relacje są wszystkim. Gosię Kępę interesują relacje z ludźmi, naturą i środowiskiem, ale też z samą sobą. Kolektyw Zakole pracował podczas rezydencji nad relacjami wewnątrz grupy nad tym, jak współpracować, kiedy potrzebny jest reset albo po prostu ustrukturyzowane warunki do wspólnej pracy. Anka Wandzel mi powiedziała, że rezydencja dała jej przede wszystkim przestrzeń dla siebie. Rozmawiałyśmy o opiece i o równości w relacjach opiekuńczych. 

Wspólne pole okazało się także laboratorium procesu twórczego, miejscem, które pozwala zwolnić i zastanowić się, jak się pracuje  ze sobą i z innymi. Krytyczny namysł nad różnymi polami pojawiał się tu dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałam. Z Anką Wandzel wracałyśmy do tematu granic: na co się zgadzamy w relacjach z innymi ludźmi, z instytucją, gdzie przebiega granica komfortu, a gdzie trzeba zacząć negocjować. Z kolektywem GALAS rozmawialiśmy o pojęciu gościnności o tym, jak ustawia się relacja władzy między goszczącym a goszczonym i jak język potrafi ustawić rzeczywistość polityczną. 

Testowano także obecność publiczności w roli współuczestnika. Większość rezydencji zakładała włączanie innych do wspólnych działań, ale równolegle podważano figurę publiczności jako biernego odbiorcy sztuk wizualnych. Alicja Czyczel z kolektywu SQUIR mówiła: Publiczność jest sprawcza i to od niej zależy, jak odpowie na zaproszenie zakodowane w formacie, który proponujemy, oraz co z niego weźmie dla siebie. Przedstawicielki kolektywu, kiedy pytałam o dekonstrukcję formatu publiczności w ich rozbudowanych działaniach, podkreślały znaczenie granic komfortu uczestników: ich indywidualności, inności i prawa do odmowy, które musi być respektowane. Pomyślałam wtedy, że w teatrze  mojej głównej dziedzinie kilka osób powinno to naprawdę usłyszeć. 

Zdejmowanie presji z uczestnictwa i w ogóle z bycia razem powracało w rozmowach bardzo często. Pierwsza mówiła mi o tym Julia Ciunowicz, kiedy zapytałam ją o spacery włókiennicze wokół Zamku Ujazdowskiego. Praca rąk, rytm przeplatania, powtarzalność tego samego gestu wykonywanego obok siebie przez kilka osób zdejmują ze spotkania niezręczność. To relacyjny katalizator, trochę jak wspólna praca w ogrodzie: nie obciąża ambicją, daje wytchnienie, porządkuje myśli powiedziała. Podążyłam tym tropem. Z Vladem i Tarasem z kolektywu GALAS odnaleźliśmy to samo doświadczenie w gotowaniu, w prostych czynnościach kuchennych. Z kolektywem SAM Rozkwit we wspólnej pracy w ziemi. Z Zuzanną Szymłowską  w spacerach.  

Takie momenty styku, kiedy łączyły mi się nitki i linki, pojawiały się zaskakująco często. Czasem w zupełnie nieoczywistej formie. Konrad Fleszar opowiadał mi o hakowaniu przestrzeni publicznej poprzez tworzenie rzeźb, które najpierw budzą estetyczną potrzebę pragnienie posiadania a dopiero potem ujawniają swoją właściwą funkcję: są domem dla organizmów nieludzkich. Kolektyw SAM Rozkwit w praktyce przełożył tę ideę na działanie. Wydzielił na terenie parku przed Zamkiem Ujazdowskim czyżnię  obszar żyjący własnym rytmem, będący w przyszłości schronieniem dla jeży, ptaków i innych gatunków, których obecności nie da się przewidzieć. To przykład sytuacji, w której mimo procesualnego charakteru rezydencji powstaje trwały nawet wieloletni ślad namysłu nad współfunkcjonowaniem. W podobne relacje między ludzkimi i nieludzkimi aktorami  wplątuje się też Ewelina Węgiel. To artystka, którą trudno mi do kogokolwiek w polskiej sztuce porównać  fenomen. Wchodzi w długie, wieloletnie procesy oparte na budowaniu zaufania, bada wspólnoty od środka, a efektem jej pracy jest film. Tłumaczyła mi, że język filmu jest dla niej narzędziem niewykluczającym  rozpoznanym, łatwo angażującym ludzi. Opowiedziała mi także o metodzie, której nauczyła się na uczelni w Berlinie i którą chcę tu państwu zaproponować: aby naprawdę poczuć i poznać jakieś miejsce, trzeba spędzić w jednym punkcie minimum cztery godziny. Bez pisania, bez nagrywania, tylko siedzieć i obserwować. Dopiero potem  w ciszy  zapisać to, czego się doświadczyło. 

W rozmowach z rezydentkami i rezydentami oraz w ich praktykach uderzyła mnie otwartość tych osób  ich myślenie o innych, budowanie światów, do których można kogoś zaprosić. Niezależnie od tego, czy jest to porada od Eweliny Węgiel, jak być w przestrzeni, rytuał SQUIR, wspólne wyplatanie Julii Ciunowicz, gotowanie z kolektywem GALAS czy grabienie ziemi z SAM-em. To także współdzielone postawy wobec świata, wobec innych i  oczywiście wobec sztuki, bo poruszamy się wciąż w ramach praktyk artystycznych.  

Podczas rozmowy z Maksudem Alim Mondalem zapytałam go trochę prowokacyjnie czy nie uważa swojej sztuki za trudną. Posługuje się przecież procesami chemicznymi, przemianą materii, pojęciami ze świata nauki. Odpowiedział natychmiast i naprawdę mnie przekonał że język to tylko język, a jego prace wyrastają również z codziennych doświadczeń. Nawet jeśli odbiorcy nie podążają za każdym konceptualnym tropem, kiedy mówię: To zrobione z mniszka, budzi się w nich echo doświadczeń: Pamiętam tę roślinę. Ta wspólna pamięć to już poziom zrozumienia, nawiązanie relacji. 

Kiedy piszę ten tekst, jestem coraz bardziej przekonana, że relacje, które uformowały się w ramach Wspólnego pola, są relacjami uczciwymi. Tak często deklarowane przez moich rozmówców i rozmówczynie jako ważne pojęcie, wyszły poza język i stały się praktyką wydarzeniem. Irlandzka artystka Deirdre O’Mahony, wraz z Olgą Zawadzką z Zakola, wyjechała na Polesie i Suwalszczyznę, by rozmawiać z polskimi rolnikami. Pracuje nad projektem o europejskim zasięgu i spotyka się z przedstawicielami wsi w różnych kontekstach. O Polsce marzyła. Zapytałam ją, z jakim odbiorem się spotkała. Odpowiedziała zupełnie szczerze: wyłącznie z pozytywnym. Czasem samo wysłuchanie przez kogoś, kto przychodzi bezinteresownie jest dla rolników nowym gestem, na który odpowiadają zaufaniem. Pochodząca z Rumunii Anca Bucur opowiadała mi z kolei o podobieństwach między rumuńską i polską przestrzenią, które odkryła, spacerując po Warszawie  nawiązała relację właśnie z miastem.  

Podczas rozmów próbowałam także zrozumieć, jak praktyki Wspólnego pola wpływają na instytucję i jej współczesną rolę. Pytałam o to właściwie wszystkich moich rozmówców. Refleksje dotyczące samego pobytu w Zamku Ujazdowskim, możliwości pracy w parku, współpracy z Zielonym Zespołem  i w ogóle z jego powołaniem były jednoznacznie entuzjastyczne. Potwierdzały moją intuicję, że mamy do czynienia z instytucją rozszerzoną, która wychodzi krok dalej poza wystawienniczą funkcję rozumianą jako rola nadrzędna. 

Rozmowy o muzeum i szerzej o instytucji sztuki pokazały mi, jak bardzo potrzebne są laboratoria podobne do Wspólnego pola. Mogą być przykładem realnego współdziałania instytucji z artystkami i artystami. Takiego właśnie wspólnego pola, na którym instytucja testuje samą siebie: sprawdza własne możliwości, negocjuje z organizatorem, z zapisami ustawy o prowadzeniu polityki kulturalnej, ale też co tu dużo mówić z rzeczywistością i współczesnymi potrzebami. Uczy się na przykład, jak współpracować z kolektywami, jeśli współczesna instytucja sztuki jest nastawiona na indywidualnego artystę. Organizacja, budżet to wszystko w zetknięciu z kolektywami wymaga nowych praktyk, Ujazdowski ma je sprawdzone od wielu lat. Osobnym, ale równie ważnym wątkiem okazała się kwestia konserwacji twórczości. Z Julią Ciunowicz rozmawiałyśmy o zielonej konserwacji, która próbuje odejść od myślenia o dziele jako o trwałym obiekcie do utrzymania na zawsze. Z Maksudem Alim Mondalem  o całkowitym wyjściu z logiki produktu i tworzeniu tak, żeby nie było czego przechowywać. Żeby sztuka była procesem, relacją, śladem w pamięci i doświadczeniu, a niekoniecznie kolejnym przedmiotem w magazynie. 

Kiedy próbuję zebrać to wszystko w całość, widzę Wspólne pole nie tylko jako program rezydencyjny, ale jako pewien model. Z jednej strony kruchy i wciąż testowany, z drugiej wyjątkowo konkretny. Widać w nim, że instytucja może stać się współuczestniczką procesu, a nie tylko miejscem ekspozycji. Może brać na siebie ryzyko, udostępniać zasoby, sprawdzać swoje granice razem z artystkami i artystami, zamiast wymagać od nich jedynie rezultatów. Relacje, o których tak wiele tu mówię, nie ograniczają się więc do relacji międzyludzkich. To także relacje między praktyką a infrastrukturą, między wyobraźnią a regulaminem, między tym, co zapisane w umowie, a tym, co wydarza się naprawdę. Wspólne pole jest miejscem, w którym te napięcia nie są zamiatane pod dywan, ale stają się materiałem do pracy. 

Myślę, że coś zostanie po tym doświadczeniu na dłużej przetestowana zmiana sposobu myślenia o instytucji. Jako o polu, które nie jest zamknięte ani raz na zawsze zdefiniowane, tylko współtworzone. Przez artystki, artystów, kuratorki, pracowników technicznych, rośliny, jeże, widzki i widzów, a także przez tych, którzy tylko przyszli na spacer po skarpie albo na wspólne wyplatanie. I mam poczucie, że to jest może najważniejszy efekt Wspólnego pola: pokazanie, że instytucja sztuki nie musi udawać neutralnej. Może przyznać się do tego, że także jest relacją i że od jakości tej relacji zależy, czy w ogóle będzie jeszcze dla kogo i po co ją utrzymywać.