Gosia Kępa
Anna Pajęcka: Każdą rozmowę chciałabym zacząć od wspólnego mianownika – słowa „pole”. Jak zdefiniowałabyś swoje pole praktyki? W twoim przypadku ma ono bardzo dosłowny wymiar.
Gosia Kępa: Moje pole to przestrzeń relacji – z ludźmi, naturą, środowiskiem i samą sobą. Od początku mojej praktyki artystycznej interesuje mnie właśnie relacyjność. Rezydencję traktowałam jako pole spotkania zarówno realnego, jak i symbolicznego. Przez pewien czas mieszkałam na wsi, dlatego słowo „pole” ma dla mnie też konkretne znaczenie. To przestrzeń współistnienia i zależności, przypomnienie, że nie funkcjonujemy w próżni, lecz w sieci powiązań, które obejmują nas i to, co wokół.
Czy miejsce, z którego pochodzisz, w jakiś sposób zdeterminowało twoją praktykę artystyczną?
Dziś mogę powiedzieć, że tak. Nie byłam tego świadoma wcześniej, ale właśnie o tym opowiada projekt, który rozpoczęłam podczas rezydencji. We Wspólnym polu dosłownie dłubałam w ziemi – potraktowałam temat pola i gleby bardzo dosłownie. Przez trzy miesiące chodziłam po Warszawie i zbierałam próbki miejskiej ziemi. Jesień była idealnym momentem – przekopywano rabaty, więc gleba była odsłonięta. A przecież w mieście rzadko się ją zauważa. Zwykle jest skażona, wyjałowiona lub przykryta chodnikiem. Zbierałam, opisywałam i katalogowałam te próbki – tworzyłam coś w rodzaju typologii warszawskich gleb. Na tej podstawie powstał warsztat glebowy, w którym badałam, jak sama to nazwałam, „potencjał pigmentowy materiałów glebowych”, czyli kolory ziemi.
Nie mam wykształcenia geologicznego, więc działałam intuicyjnie, ale konsultowałam się z geolożką. Ten proces stał się dla mnie czymś więcej niż projektem – był doświadczeniem głębokiego kontaktu z materią. Pozwoliło mi ono zmierzyć się także z symbolicznym wymiarem ziemi, z której pochodzę.
Czyli skąd?
Pochodzę ze Świdnicy na Dolnym Śląsku, z terenów Ziem Odzyskanych, dokąd moi dziadkowie przyjechali po wojnie. Ich migracja nie była dramatyczna – wybrali to miejsce dobrowolnie, nie zostali przesiedleni.
Temat relacji z miejscem pochodzenia, korzeni przerwanych z wyboru lub konieczności, jest mi bardzo bliski. Mojej babci, Bronisławy, nigdy nie poznałam – zmarła przed moim urodzeniem, choć wielu mówi, że jesteśmy podobne. Noszę po niej drugie imię.
Wspomniałaś, że konsultowałaś swój projekt z badaczami. Gdzie dla ciebie przebiega granica między działaniem badawczym a artystycznym?
Myślę, że nie ma tu jednej odpowiedzi i nie istnieją tu złe rozpoznania.
Od dawna fascynuje mnie moment, w którym nauka spotyka się ze sztuką, kiedy naukowe myślenie staje się formą artystycznej wrażliwości. Gdy przestajemy widzieć między nimi sztywne granice – między sztuką, humanistyką a „prawdziwą” nauką – zaczynają się dziać rzeczy niezwykłe. To chwile styku, współistnienia, wzajemnego przenikania.
Dla mnie ta granica po prostu nie istnieje. Nauka i sztuka funkcjonują jak spirala: raz się oddalają, raz biegną równolegle, aż w pewnym momencie się spotykają.
Takim punktem przecięcia był dla mnie projekt realizowany podczas rezydencji. Z jednej strony konsultowałam go z dr Mariolą Wrochną, a później, pracując nad Cieniem Ziemi, współpracowałam z profesorem Mariuszem Lamentowiczem, badaczem mokradeł i gleby w kontekście topografii. To były niezwykłe spotkania. Naukowcy, podobnie jak artyści, potrafią być całkowicie zanurzeni w swoim świecie. Zderzenie tych dwóch wrażliwości – naukowej i artystycznej – jest dla mnie fascynujące. To spotkanie pasji, ciekawości i ludzi, którzy potrafią bez końca mówić o tym, co kochają.
Kiedy o tym mówisz, w twoim głosie słychać podekscytowanie! Zwróciłam uwagę, że już na początku naszej rozmowy wspomniałaś o relacyjności. To pojęcie, które pasuje także do świata nauki, bo nauka przecież opiera się na relacjach: między zjawiskami, materią, strukturami. W twoim przypadku te światy naturalnie się przenikają. Opowiesz więcej o projekcie Cień Ziemi?
Tytuł projektu pojawił się dzięki rozmowie z Gosią Kuciewicz z Kolektywu Centrala. Gosię poznałam podczas rezydencji wiślanej kolektywu Flow, założonego przez Agnieszkę Brzeżańską i Ewę Ciepielewską, w ramach projektu Liquid Becomings.
Płynęliśmy wtedy galarem po Wiśle, w niezwykłym gronie artystów. To był intensywny, piękny, ale też trudny tydzień, rzeka miała rekordowo niski poziom wody, co było bardzo odczuwalne.
Podczas rejsu Gosia opowiedziała mi o zjawisku, którego wcześniej nie znałam – o cieniu Ziemi. To efekt atmosferyczny, widoczny przy wschodzie lub zachodzie słońca. Gdy patrzymy w stronę słońca, za naszymi plecami pojawia się na niebie delikatny, szary pas, cień, który sama planeta rzuca na warstwy atmosfery.
Ten moment zatrzymania i spojrzenia w przeciwnym kierunku stał się dla mnie symbolem relacji – z Ziemią, z naturą, ze sobą.
W mojej pracy ważny jest też język. Zawsze fascynowała mnie gra słów i napięcie między formą a treścią. Zaczęłam więc myśleć o cieniu Ziemi także w sensie symbolicznym jako o spotkaniu z przeszłością, z tym, co ukryte, nieuchwytne, czasem trudne.
Słowo „cień” niesie też znaczenie psychologiczne. Dotyczy korzeni, pamięci i poszukiwania swojego miejsca w świecie i czasie, w których żyjemy.
Mówisz o relacji z ziemią i o relacyjności, która stale powraca w twojej pracy. To, co opisujesz, brzmi raczej jak relacja z materią niż z drugim człowiekiem, jak doświadczenie bardzo indywidualne, wręcz samotne. Czy twoje relacje w sztuce rzeczywiście dotyczą przede wszystkim materii, czy obejmują także inne istoty?
Rzeczywiście, relacja, o której mówiłam, w dużej mierze jest relacją z materią, z materiałami, technikami i żywiołami, z którymi pracuję. To nie jest przypadek. Z natury jestem kontrolująca – w życiu codziennym potrzebuję mieć wpływ na wiele rzeczy. Tymczasem w pracy twórczej często wybieram metody, które wymykają się kontroli. Proces zaczyna żyć własnym rytmem, a ja muszę nauczyć się odpuszczać i zaufać temu, co się wydarza. To dla mnie ważna praktyka – uczenie się puszczania kontroli i pozwalania, by rzeczy działy się same.
Jednocześnie relacje międzyludzkie są dla mnie istotne. I cieszę się, że użyłaś słowa „istoty”, bo moja relacyjność obejmuje także istoty nieludzkie. To duża część mojej pracy, jak choćby projekty związane z wodą. W Mów mi rzeko rozmawiam z rzekami, symbolicznie oddaję im głos, wchodzę z nimi w dialog. Podobnie jest w działaniach glebowych, gdzie kontakt z materią ziemi i jej mikroorganizmami staje się spotkaniem z nieludzkimi formami życia.
Do tego dochodzi teraz powrót do fotografii, mój osobisty renesans. Fotografia zawsze była dla mnie narzędziem spotkania z drugim człowiekiem.
Kiedy myślę o artystkach takich jak ty, pracujących w procesie, tworzących rzeczy efemeryczne, mam wrażenie, że fotografia często staje się jedynym medium, które pozwala zbudować relację tego działania z odbiorcą, widzem. Obcując z twórczością opartą na procesie, odbiorca otrzymuje od artysty potrzebę wejścia w analogiczną sytuację – fantazję o takim doświadczeniu czy potrzebę powtórzenia gestu.
I właśnie o to chciałam cię zapytać – o możliwość włączania innych osób w twoją praktykę. Czy zapraszasz ludzi do współuczestnictwa w działaniach? Czy dajesz im narzędzia, które pozwalają zbliżyć się do tego, co robisz? W ramach rezydencji prowadziłaś warsztat.
To jest dla mnie wciąż coś nowego. Mam poczucie, że możliwość poprowadzenia warsztatu glebowego w ramach rezydencji była iskrą zapalną – uświadomiła mi, że to również bardzo ważna część mojej działalności. Wiedziałam, że mam lekkość w „trzymaniu” przestrzeni, choćby podczas warsztatów. Lubię to robić, miałam już takie doświadczenia, ale nie traktowałam ich wcześniej jako centrum swoich zainteresowań. Projekt Wspólne pole mi o tym przypomniał i pozwolił do tego tematu wrócić.
Po rezydencji znów poprowadziłam warsztaty oparte na ziemi i pigmentach glebowych. Przy okazji wydarzeń towarzyszących wystawie Gleba i przyjaciele odbyły się kolejne. Każde z tych spotkań jest dla mnie niezwykle wartościowe.
Czego uczysz ludzi w ramach tych warsztatów?
Ja nikogo niczego nie uczę. (śmiech) Nie chcę stawiać się w roli ekspertki. Tworzę raczej przestrzeń spotkania, z sobą samym i ze sobą nawzajem. To przestrzeń na proces, nie na wytworzenie efektu. To znów kwestia redefinicji celu.
Dorastaliśmy w systemie nastawionym na wynik, produkt, ocenę – od lekcji plastyki po studia artystyczne. A przecież to często absurdalne. Ja zapraszam do tego, by na nowo zdefiniować sens działań twórczych.
Pierwsze warsztaty, które prowadziłam z Natalią Kratą, dotyczyły połączenia wszystkiego, co istnieje. Przyglądałyśmy się grzybni jako metaforze sieci łączącej świat. Na plenerze pracowałyśmy z pojęciem kompostu jako procesu rozkładu i odżywiania; procesu, który można rozumieć dosłownie, ale też symbolicznie. W każdym z tych przypadków chodzi o to samo: o przesunięcie uwagi z produktu na relację z materiałem, na uważność i zgodę na losowość. To praktyka odpuszczania kontroli, dlatego tak bardzo mnie pociąga.
Podczas warsztatów Po lecie zaprosiłam uczestniczki i uczestników do refleksji nad tym, z czym zostajemy po lecie, zarówno dosłownie, jak i symbolicznie. Sam tytuł pleneru był inspiracją: po czasie intensywności i ruchu przychodzi moment zatrzymania. To czas zbiorów, jabłka dojrzewają, plony są gotowe. Część konsumujemy od razu, część przetwarzamy, część zostaje na później. To piękna metafora decyzji, co zachować, a co puścić dalej.
W warsztacie ujęłam to poprzez temat kompostu – tego, co odchodzi, by stać się początkiem czegoś nowego.
Ziemia pojawiła się w moim życiu jesienią zeszłego roku i wywołała rewolucję.
„Gleba zrobiła rewolucję w moim życiu” – widzę to jako tytuł tej rozmowy.
Nie przesadzam, gdy mówię o rewolucji. Ostatnio wydarzyło się w moim życiu coś istotnego, co uruchomiło różne procesy, wglądy, przemiany. I właśnie wtedy poczułam, że jestem w kompoście. I że jestem kompostem.
Mówiłam wcześniej o rozbetonowywaniu gleby w mieście. Kiedy zdejmuje się płytę chodnikową, pod spodem jest ziemia, która od dawna nie miała kontaktu ze światłem, powietrzem ani wodą. Jest zgnieciona, sucha, pozbawiona życia. Jeśli zalejesz ją wodą od razu, nawet z najlepszą intencją, żeby ją odżywić, zgnije. Bo nie ma przestrzeni, żeby przyjąć. Potrzebuje czasu. Potrzebuje oddechu.
Dlatego najpierw zasypuje się ją kompostem, przekopuje i zostawia – pozwala się, by sama się odrodziła. Gleba ma swoją mądrość. Ma swój rytm, którego nie można kontrolować. Kompost jest też spotkaniem z cieniem, z tym, co kończy swój cykl. Bo kompost to śmierć i odradzanie. Coś musi umrzeć, by mogło narodzić się coś nowego. Tak jak w lesie: jedno drzewo upada, a na jego pniu zaczyna kiełkować nowe życie. Na śmierci wielkiego drzewa wyrasta las. Jestem zmęczona ostatnimi tygodniami, ale jednocześnie mam poczucie ogromnej jasności. Mam poczucie, że to moment największej jasności w moim dwudziestoośmioletnim życiu.
Wcześniej pracowałaś głównie z wodą – z rzekami, z przepływem. Ziemia jest jej przeciwieństwem. Jak to się stało, że przeszłaś od wody do gleby?
Może po prostu „wyszłam z wody na ląd” jak w ewolucji. To był naturalny etap, symboliczny i organiczny zarazem. W mojej pracy często coś robię, zanim zrozumiem dlaczego.
W projekcie Starorzecze położyłam bawełnianą tkaninę na tafli starorzecza Odry i zostawiłam ją na cztery tygodnie. Kiedy ją zdjęłam, zobaczyłam na niej ślad życia rzeki – naturalny negatyw, rodzaj jej fotografii.
To, co wydawało się martwe, okazało się tętniące życiem. W ramach Wspólnego pola chciałam powtórzyć ten gest z ziemią, ale to właśnie gleba tak mnie zafascynowała, że stała się tematem samym w sobie, powrotem do dziecięcego zachwytu.
Do momentu, w którym można się bezkarnie ubrudzić.
Właśnie tak. To powracanie do stanu dziecięcej ciekawości jest dla mnie sednem twórczości. Kiedy jesteśmy dziećmi wszystko nas fascynuje, wszystkiego doświadczamy po raz pierwszy. Dlatego na warsztatach zawsze zachęcam: Ubrudźcie się. Dotknijcie ziemi. Poczujcie jej strukturę, zapach, konsystencję, dźwięk. Ziemia brzmi. Naprawdę można ją usłyszeć.
Gdyby ktoś, kto przeczyta naszą rozmowę, chciał sam spróbować takiego kontaktu z ziemią, od czego powinien zacząć?
Mam bardzo prostą odpowiedź: po prostu wyjść i się pochylić. Wiem, że to może brzmieć banalnie, ale właśnie o tę prostotę chodzi. O bycie. O to, żeby się pochylić, dotknąć gleby, usiąść, uziemić. Żeby spotkać się z ziemią, i ze sobą.