GALAS

Anna Pajęcka: Kogo gościliście we Wspólnej kuchni w ramach Wspólnego pola? 

Vladyslav Gryn: W trakcie rezydencji zorganizowaliśmy pięć spotkań, czyli pięć wspólnych gotowań. Do prowadzenia warsztatów zaprosiliśmy osoby z doświadczeniem przymusowej migracji i uchodźstwa: uczestniczki z Czeczenii, Ukrainy, Białorusi, Palestyny i Afganistanu. Każda z nich ma własną historię migracji i przez pewien czas mieszkała w Polsce. To było dla nas kluczowe kryterium. 

Temat pozostawał ten sam. Prosiliśmy, by przygotowały danie najbardziej kojarzące się z domem takie, za którym stoi szczególna, osobista opowieść, możliwa do przekazania poprzez gotowanie. Na koniec urządziliśmy wspólną ucztę. Wszystkie potrawy powstałe w trakcie rezydencji trafiły na jeden stół. To była celebracja i podsumowanie całego cyklu. 

Taras Gembik: Ważne było też to, że prowadzące mogły spotkać się ze sobą. Często się zakłada, że osoby z doświadczeniem migranckim czy uchodźczym tworzą jedną, jednorodną grupę, jakby wszyscy się znali. A to nieprawda. Tworzyliśmy więc przestrzeń, w której z jednej strony osoby z większościowego, polskiego społeczeństwa mogły nas poznać i usłyszeć, a z drugiej same prowadzące miały szansę wejść ze sobą w relację. A wiadomo, najlepszym środkiem budowania relacji jest jedzenie podstawowy element bycia razem. 

Co istotne, rezydencja odbyła się tuż po zmianie politycznej w Polsce. Nie od razu w pełni to do nas dotarło, ale gdy przyszliśmy do Zamku Ujazdowskiego ja na przykład nie byłem tam od czterech lat poczuliśmy symboliczny ciężar tej sytuacji. Fakt, że pracowaliśmy właśnie wtedy i właśnie z osobami doświadczającymi migracji, był dla nas bardzo mocnym przeżyciem. 

GALAS narodził się po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, w maju 2022 roku. Pierwsze wspólnotowe działania realizowaliśmy w Parku Ujazdowskim, w Zaczarowanym Ogrodzie i w innych miejscach. Podczas rezydencji mieliśmy poczucie powrotu do przestrzeni, od których zaczynaliśmy. To sprawiło, że nasze historie w pewnym sensie się spotkały. No i oczywiście było wspaniałe jedzenie, które prowadzące przygotowywały razem z nami. 

Pamiętacie, jakie to były dania? 

Vladyslav Gryn: Ponieważ prosiliśmy o potrawy z domu, nie zawsze były to dania narodowe. Na przykład Chedzis z Czeczenii przygotowała haczapuri  gruzińskie, ale popularne też w Czeczenii i często gotowane w jej domu. Uczestniczka z Białorusi zrobiła kwas grzybowy i balabuszki, słodkie, pyszne bułeczki. Liubov z Ukrainy przygotowała manzari. Amsal z Afganistanu zrobiła burani banjan, afgańską przystawkę. Palestyńskim daniem była makluba  ryż gotowany z warzywami, który się nakłada na talerz, odwracając garnek do góry dnem.  

Kiedy rozmawiałam z inną rezydentką, Julią Ciunowicz, usłyszałam, że wspólna praca u niej to praca z włóknem zdejmuje ciężar niezręczności z rozmowy i ułatwia otwarcie się. Czy w kuchni i we wspólnym gotowaniu działa podobny mechanizm? Przecież często słyszycie trudne historie. 

Vladyslav Gryn: Zgadzam się w pełni. To jest Wspólna kuchnia, nie wspólny obiad. Nie chodzi o samo jedzenie, ale o proces spotykamy się po to, by gotować razem. Kiedy przy jednym stole gromadzą się osoby, które się nie znają, często są świeżo po przyjeździe do Polski i z trudnymi doświadczeniami drogi, wspólne działanie natychmiast rozgrzewa rozmowę. Praca ręka w rękę daje pretekst, znika niezręczność, a równocześnie rodzi się poczucie, że tworzymy coś wspólnie choćby na czas gotowania. Łatwiej wtedy nawiązać relację. 

Taras Gembik: I tego dziś bardzo brakuje: postawienia na proces, a nie na rezultat. Żyjemy w realiach hiperkapitalizmu, w którym instytucje kultury wiemy to z własnej praktyki często podpinają się pod logikę wyniku. My tworzymy przestrzeń, w której nikt niczego nie wymaga. Jedynym rezultatem jest to, że dobrze zjemy. To nie jest coś, do czego trzeba mieć specjalne kompetencje czy wyjątkową koncentrację. To naturalne doświadczenie, które przyswajamy od dzieciństwa: spotkać się, coś razem zrobić, a potem przy tym dobrze zjeść. 

W tym sensie nasze działania są też formą oporu wobec sytuacji, w jakiej wszyscy się znajdujemy. Historie, które wybrzmiewają, bywają trudne, ale właśnie dzięki temu formatowi naprawdę możemy je usłyszeć. Pracuję teraz nad projektem z osobami osadzonymi. Naszą główną tezą jest myśl bell hooks: każda historia jest ważna, a może najważniejsze są te, które najczęściej pomijamy, zwłaszcza opowieści grup marginalizowanych i wykluczonych. Jeśli ich nie usłyszymy, tracimy bardzo dużo; nasza wspólna historia pozostaje niepełna. 

Usłyszenie tych opowieści często naznaczonych przemocą, przemieszczeniem, brakiem beztroski dzieciństwa, wykorzenieniem staje się też mocnym gestem politycznym. To rodzaj oporu wobec rzeczywistości, z której te osoby i my wszyscy wychodzimy. 

Dopytam o proces. Użyję może nie najpiękniejszego zwrotu  pozyskiwanie historii. W waszej pracy jesteście depozytariuszami cudzych opowieści: zbieracie je i przechowujecie w sobie. Jakie strategie macie na to, by osoby wam zaufały i chciały opowiadać? 

Taras Gembik: To przede wszystkim kwestia relacji i czasu. Jeśli już używamy słowa projekt, to staramy się działać wbrew logice projektowości: zostajemy w kontakcie, zapraszamy, spotykamy się ponownie, współpracujemy dalej. Tak buduje się zaufanie  bez niego nie posuniemy się naprzód. Współpracujemy też z organizacjami pozarządowymi, na przykład z Kolektywem Kobiety Wędrowne, Kuchnią Konfliktu i Fundacją Bądź, która jest partnerem naszych działań wokół gotowania i budowania wspólnoty. Ostatnio usłyszałem w serialu zdanie: Nikt nie jest samotną wyspą. To dokładnie tak działa: nasze depozytorium historii powstaje dzięki pracy wielu osób i sieci powiązań. To nigdy nie jest samotnicze przedsięwzięcie. 

To też duża praca organizacyjna i tutaj chcę podziękować Vladowi, który ostatnio przejął wiele tematów: komunikację, koordynację, zaplecze. Mamy też własne doświadczenie migracyjne przyjechaliśmy do Polski dwanaście lat temu i spotkaliśmy się z niełatwymi sytuacjami. W Polsce obraz osób z Ukrainy bardzo się zmienił po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji i w ostatnich latach zmienia się dalej. W przestrzeni publicznej mówimy po ukraińsku, ale wiemy, co się dzieje i co może się dziać. Nie boję się mówić o narastającym neofaszyzmie jesteśmy jego świadkami. 

Właśnie dlatego nasze działania i praca wielu innych osób są tak ważne nie tylko symbolicznie. To realne narzędzia oporu wobec szybko zmieniającego się świata politycznie, społecznie i kulturowo. 

Wybrzmiało na początku naszej rozmowy, że prowadzącymi warsztaty były kobiety. Myśląc o naszej rozmowie, miałam w tyle głowy to, o czym pisała kiedyś Agnieszka Pajączkowska  że kuchnia i rozmowy przy stole są doświadczeniem bardzo wielu kobiet, miejscem, gdzie młodsze słuchają starszych. Wy jesteście kolektywem mężczyzn, zajmujecie się pracą zwyczajowo sfeminizowaną i zaprosiliście do niej, tak się złożyło, właśnie kobiety. Czy doświadczenie migracji też bywa sfeminizowane, tzn. czy kobiety częściej tworzą wspólnoty i biorą na siebie ciężar opowieści? 

Taras Gembik: Szczerze mówiąc, nigdy nie myśleliśmy o tym w kategoriach odwracania ról. Nie mieliśmy żadnych kryteriów poza doświadczeniem migracji i uchodźstwa. Pisaliśmy także do chłopaków, choćby z naszej palestyńskiej rodziny, która gotuje. W historii GALAS-u uczestniczyły też osoby męskie i niebinarne. 
Nie odnosimy się do cisheteronormy, nie tworzymy męskiej kuchni. Nasza kuchnia bywa sfeminizowana, bo pracujemy z przyjaciółkami, koleżankami, siostrami. 
Zresztą my też gotujemy. Jeśli doliczyć nas dwóch, proporcje się zmieniają. 
I tak  widzimy różnice w doświadczeniach migracji u kobiet i u mężczyzn. Mam wrażenie, że kobiety są dziś bardziej waleczne, chętniej mówią o swoich doświadczeniach. Role społeczne się przesuwają. Odchodzimy od męskiej hegemonii, która przez wieki dominowała narracje. Może to czas, by właśnie kobiety opowiadały o swoich emocjach i doświadczeniach  i z tego, że robią to u nas, jesteśmy dumni. 

Vladyslav Gryn: Nie myśleliśmy o kuchni przez pryzmat kobiecości. To pole kojarzone z pracą reprodukcyjną  historycznie niewidzialną, choć realną i fundamentalną. W tym sensie nasz projekt można czytać jako feministyczny. 

W ogóle nasze działania wyrastały z momentu i intuicji, a nie z planu. Jesteśmy migrantami, więc pytaliśmy: czego nam kiedyś brakowało po przyjeździe do Polski? Tak powstała Wspólna kuchnia  spontanicznie, kiedy moja mama była w Warszawie jako uchodźczyni. Ugotowaliśmy coś na wydarzenie GALAS-u, a potem, obserwując, jak to działa, budowaliśmy na tym fundamencie kolejne kroki. 

Chciałam zapytać was jeszcze o słowo gościnność. W dyskusjach o migracji to słowo wraca nieustannie, ale mam z nim problem, bo zakłada tymczasowość: gość przychodzi i wychodzi. Wasze praktyki można nazwać praktykowaniem gościnności, ale co myślicie o samym tym słowie, które organizuje naszą rzeczywistość? 

Vladyslav Gryn: Rzeczywiście, gościnność zawiera w sobie gościa, czyli kogoś na chwilę. A co w sytuacji, gdy ktoś buduje tu dom i chce traktować to miejsce jako własne? 
W naszych projektach próbujemy zmieniać narrację o uchodźcach i uchodźczyniach, migrantach i migrantkach. Zbyt często obsadza się te osoby w roli tych, które mają się zaadaptować, potrzebują pomocy i współczucia. Nie neguję, że wsparcie bywa konieczne, ale taki obraz utrwala jednostronne myślenie o integracji. Tymczasem integracja nie jest jednostronna  to proces dwukierunkowy. Społeczeństwo przyjmujące też ma do wykonania swoją pracę. Dlatego stawiamy zaproszone osoby w roli głównych: uczą nas, współtworzą wspólnotę i przestrzeń. W tej perspektywie przestają być gośćmi, stają się sąsiadkami i sąsiadami. 

Słowo współtworzyć jest tu kluczowe układa relację partnerską: robimy coś razem, a nie dajemy coś komuś. Taras, powiedziałeś, że nie lubisz pojęcia gościnność. 

Taras Gembik: Mam wrażenie, że etap gościnności już minął. Był aktualny cztery, pięć lat temu, gdy zaczęły się pierwsze fale przyjazdu osób w drodze. Słowo gościnność ustąpiło wtedy przyjmowaniu, ale w tym drugim kryje się problem. Odwołuje się głównie do naszej empatii i dobrej woli, a pomija wymiar polityczny i prawny uchodźstwa i migracji. 
Za statusem uchodźczym stoją konkretne zapisy i zobowiązania: ochrona, edukacja, wsparcie. Gościnność bywa miękka i ulotna, łatwo ulega narracjom i propagandzie. Widzimy dziś, jak przeszła z jednego bieguna w drugi z deklaratywnej otwartości w dyskryminację i rasizm. Warto mówić nie tylko o gościnności, ale o postawach obywatelskich i powinnościach wobec osób migrujących. 

Na koniec chciałabym zapytać o jedno słowo z opisu waszego kolektywu: solidarity, charity, integration i fun. Ten fun rozrywa ciężar tematu i podejrzewam, że jest dla was ważną składową działań. 

Taras Gembik: Dla mnie absolutnie kluczowy. Bez niego nie dobrnęlibyśmy do dziś. Zawiera wszystko, o czym mówiliśmy, ale dodaje radość bycia razem, śmiech, możliwość zmiany spojrzenia na sprawy ciężkie. Od funu zaczął się GALAS. W drugim czy trzecim miesiącu po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji wszyscy byliśmy skrajnie zmęczeni i znajdowaliśmy się w mrocznym miejscu. Zaproponowałem: zróbmy imprezę, potańczmy, zbierzmy pieniądze, ale w sposób, który pozwoli choć na chwilę odetchnąć i się spotkać. Zadziałało. Bez funu ja sam bym nie dał rady. 

Vladyslav Gryn: Dodam, że zawsze pamiętamy, na rzecz czego działamy. Zbieramy środki, wspieramy lokalne społeczności migranckie i uchodźcze, ale robimy to tak, by dać ludziom zdrowy eskapizm. Choć na moment przypomnieć sobie, jakie bywało normalne życie. Aby nie myśleć bez przerwy o wojnie i katastrofach. 

Czasy są trudne globalnie; śledzenie wiadomości bywa masochizmem. Dlatego potrzebujemy troski o siebie nawzajem i fun jest narzędziem tej troski.