Ewelina Węgiel

Anna Pajęcka: Twoje procesy artystyczne trwają długo, czasem nawet kilka lat. Mam wrażenie, że idzie to pod prąd logiki instytucji sztuki, funkcjonujących w ramach krótkich projektów, z których na końcu powstaje produkt. 

 

Ewelina Węgiel: Mam tak od dawna. Już w trakcie studiów w ASP wchodziłam w długie relacje. Od drugiego roku współpracowałam ze wspólnotą przy kościele Arka Pana, w którym znajduje się kamień z księżyca. Nie jestem osobą związaną z kościołem, ale interesuje mnie, jak funkcjonują wspólnoty. 

Później, przez półtora roku, pracowałam z polskimi preppersami. 

 

Co daje ci ten długi czas? 

Dostęp do rzeczy niewidocznych na pierwszy rzut oka. W spektaklu Grunwald. Rekonstrukcja wystawionym w Teatrze Współczesnym w Szczecinie z zewnątrz widać dziwną społeczność zafiksowaną na punkcie historii, a z bliska motywacje okazują się o wiele bardziej złożone. 

Zgadzam się, że instytucje nie są na to gotowe. Trudno mi pokazywać filmy w galeriach, wystawa bywa złym formatem: brakuje kontekstu, a pracuje się na wrażliwych tematach i realnym życiu ludzi. Instytucje często traktują film jako obiekt w przestrzeni. Dlatego tyle myślę o modelach zaangażowania i produkcji; zwykle finansuję te prace stypendiami miejskimi lub ministerialnymi. Same badania, nawiązywanie relacji, spotkania z osobami uważam za ważną część dzieła sztuki. Odbiorcami są też osoby, które opowiadają o swojej rzeczywistości, wspólnocie, a ja mogę proponować im aktywności szyte na miarę, zgodne z ich sposobami rozumienia, intuicjami. Instytucjonalnych dróg wciąż nie ma wielu, zwłaszcza w przypadku filmu. 

 

Ile trwał twój najdłuższy proces? 

Czteroletni proces przy Arce Pana domknęłam dyplomem  to był bardzo intensywny czas; potrafiłam spędzać w kościele po 11 godzin dziennie. Dyplom obroniłam w 2021 roku. Z preppersami pracowałam około półtora roku, z czego rok najintensywniej. Teraz też mam cykl spotkań trwający mniej więcej od roku. Projekty zazwyczaj się przeplatają  tak wynika i z trybu pracy, bo nikt nie chce spotykać się codziennie, i z finansowania. 

 

Słowo wspólnota pada u ciebie bardzo często. To oś twojej praktyki?  

Tak, to dla mnie kluczowy temat. Interesuje mnie, jak wspólnoty formowały się w Europie Środkowo-Wschodniej, jakie historie o nich opowiadano, i ile z nich dzisiaj jest wymyślone, na przykład o wspólnotach przedchrześcijańskich. Nie chcę tworzyć opowieści o jednostkach. Podczas rezydencji dostałam zaproszenie, by zaplątać się w to, co jest wokół Zamku Ujazdowskiego, w relacje ludzi i nieludzkich aktorów. Myślę o dawnych opowieściach snutych wspólnie, gdzie istotną rolę miały też byty nieludzkie. Na rezydencji skupiłam się właśnie na wspólnotach nieludzkich. 

  

Rezydencja trwa trzy miesiące. Czy to było odświeżające okno w stosunku do długości twojej pracy, czy raczej punkt wyjścia do czegoś, co później kontynuowałaś? 

W trakcie rezydencji realizowałam film. Wiedziałam po jej zakończeniu, że to dopiero szkic. Dużo wracałam na skarpę, czytałam, odkrywałam historie związane z Zamkiem. Krótko po rezydencji Marianna Dobkowska zaprosiła mnie do udziału w wystawie Gleba i przyjaciele. Mogłam dokończyć film, pokazaliśmy go w czerwcu na wystawie. Trzy miesiące rezydencji były więc początkiem, a projekt rozwijałam dalej. 

  

Co robiłaś na miejscu? 

W propozycji projektu zapisałam czułą obserwację istot żyjących wokół Zamku, inspirowaną książką J.A. Bakera Sokół wędrowny. Baker spędził lata na obserwowaniu jednego sokoła, porzuciwszy chłodne, naukowe poznanie na rzecz bycia z ptakiem. Z jego książki wynika też, jak bardzo myli nas ilustracyjny obraz zwierząt, ile trzeba czasu, by zobaczyć je naprawdę. 

 

Chciałam praktykować uważność w tej niesamowitej przestrzeni skarpy  w jednym z nielicznych w Warszawie miejsc względnie nieprzetworzonych przez człowieka. To pozwalało lepiej rozumieć historię tego terenu i wyobrażać sobie, jak mogłaby wyglądać cała Warszawa bez ludzkiej zabudowy. Szukałam też połączeń z głębokim czasem  część skarpy jest materiałem przywleczonym przez lodowiec, około 20 000 lat temu. W skali miejsca to wcale nie tak dawno. 

Wybrałam obserwacje nocne. Interesowało mnie doświadczenie niepewności i wychodzenia ze strefy komfortu. Bardzo boję się miasta nocą i zarośniętych przestrzeni, a równolegle czytałam o nawiedzaniu przez byty nieludzkie, między innymi książkę Sladji Blazan Haunted Nature. Podczas rezydencji często były gwałtowne burze: łamały się drzewa, gałęzie tarasowały ścieżki. Nocny czas pomógł mi inaczej zrozumieć to miejsce i relacje na skarpie, bardziej cieleśnie. 

 

Mówiłaś też o metodzie badań terenowych. 

Tak, to dla mnie kluczowe. Uczyłam się tego również na studiach w Berlinie: minimum cztery godziny w jednym punkcie, bez pisania, bez nagrywania, tylko siedzenie i obserwacja. Potem dopiero przejście do kawiarni albo pracowni i zapis wszystkiego: co się wydarzyło, co się odczuło. Cztery godziny to absolutne minimum, żeby wpaść w rytm miejsca i ucieleśnić obecność. W praktyce, dla mnie, trzy miesiące były idealne, żeby się naprawdę zanurzyć. 

 

Muszę tego spróbować. Skąd akurat cztery godziny? 

To minimalny próg, po którym zmienia się sposób doświadczania: przestajesz analizować, zaczynasz być w rytmie przestrzeni. Chodzi o wejście w relację z miejscem ciałem, nie tylko głową. 

 

Dużo mówisz o badaniach i przygotowaniach, zanim wejdziesz we wspólnotę czy przestrzeń. Przeglądając twoje projekty, widzę jednak także wyraźny element fikcji. Czy jest miejsce na wyobraźnię w twojej praktyce? 

Zdecydowanie. Jest potrzebna, żeby wyobrażać sobie różne sposoby bycia razem w zrujnowanym świecie. Wielkie historie pisane przez ludzi, zwykle przez zwycięzców, są pełne luk i projekcji. Zresztą artyści od dawna wykorzystywali fikcję, kiedy mówili o wydarzeniach historycznych. Jan Matejko malował na obrazach bitew osoby żyjące w innych czasach, Jan Długosz opisał Bitwę pod Grunwaldem w iście bajkowy sposób. Jeśli oni mogli tak mocno ukształtować naszą wyobraźnię, to ja też chcę to robić. Ja w starych, fikcyjnych opowieściach znajduję najwięcej intuicji o dawnych formach wspólnego życia. Interesuje mnie kontynuowanie takiej historii opowiadanej fikcją: zbieranie nieusystematyzowanej wiedzy i intuicji, które wyłaniają się podczas długich obserwacji. 

 

W biogramie napisałaś, że twoja praca jest quasi-dokumentalna. Co dla ciebie znaczy ten przedrostek? 

Że korzystam z dokumentalnego języka, ale naginam go. Film bywa postrzegany jako dokument, co jest dla mnie i moich rozmówców wygodnym punktem wyjścia. Potem granice się zacierają: społeczności proponują działania, których na co dzień nie robią, podsuwają sceny, które wchodzą do filmu, choć nie są czystym dokumentem. To przecinanie się dokumentu i fikcji pozwala szukać prawdy także w bajkach ludowych, w zebranych opowieściach ludzi. Na koniec daje to widzom ciekawsze doświadczenie, a zebrana przeze mnie wiedza zaczyna realnie pracować w projekcie. Często wymaga to naginania medium dokumentalnego, właściwie na każdym etapie. 

 

Dlaczego wybrałaś film jako medium? Pytam, bo twoja praktyka artystyczna zbieranie doświadczeń, ucieleśnianie, wchodzenie w relacje wydaje się bardzo żywa. Czy film najlepiej unosi wszystko, co zbierasz? 

Jestem ogromną miłośniczką wideo, od eksperymentalnego po artystyczne, i walczę o warunki pracy artystek wideo w Polsce. Film bardzo dużo mi dał. Filmy osób artystycznych otworzyły mi oczy na inne sposoby mówienia o ziemi, pochodzeniu, uwikłaniach i konfliktach. Filmy pracują inaczej niż tekst dziennikarski czy naukowy, wnoszą inne warstwy i tryby myślenia. 

Film jest też wdzięczny w pracy terenowej: wszyscy rozumieją, czym jest film, wiele osób ekscytuje się udziałem w nim i chce zobaczyć siebie na ekranie. A że film eksperymentalny nie wymaga klasycznego podziału na trzy akty, daje elastyczność, to każdy może się włączyć. Dodatkowo film świetnie pracuje z czasem. Dużo pracuję dźwiękiem. W dźwięku jest najwięcej duchów, intuicji. Montaż pozwala intuicyjnie układać materiał i na nowo rozumieć czas procesu oraz zebrane, ucieleśnione doświadczenia. 

  

Co znaczy u ciebie po końcu świata? Domyślam się, że nie chodzi o Apokalipsę św. Jana. 

Myślę o tym między innymi po lekturach takich autorów, jak Timothy Morton. Skupianie się na nadciągającej apokalipsie bywa paraliżujące wiele osób, i ja też, doświadcza kryzysu i bezsilności. Pomogło mi myślenie, że koniec świata już się wydarzył wielokrotnie w różnych skalach i miejscach więc dziś trzeba tworzyć coś na nowo, iść innymi ścieżkami. Jako jednostki nie uratujemy świata, ale możemy budować małe, wspólnotowe działania. Taka perspektywa po jest dla mnie mobilizująca. 

  

Mam też w sobie duży smutek, że przepadło tyle historii ludzi, którzy tu żyli. Zostały zdewastowane choćby przez procesy chrystianizacji. Nie wiemy, jakie były wierzenia, opowieści. Być może ich odpryski trwają w bajkach i fikcjach. Interesują mnie relacje z pozaludzkimi istotami, wiele wskazuje na animistyczne podejścia, w których drzewa czy byty nieludzkie mają sprawczość. To może być inspiracja do budowania nowych wspólnot.