Deirdre O’Mahony

Anna Pajęcka: Jak opisałabyś krótko swoją praktykę artystyczną i media, z którymi pracujesz? 

Deirdre O’Mahony: Moja praktyka artystyczna rozwija się od czterdziestu lat i z biegiem czasu coraz mocniej koncentruje się na polityce ziemi i krajobrazu. Badania, które prowadzę przy każdym projekcie, wpływają na wybór procesów, po które sięgam, aby stworzyć pracę odzwierciedlającą to, gdzie w danym momencie jestem zarówno artystycznie, jak i życiowo. 

W języku angielskim jest takie powiedzenie: to cut your cloth according to measure  robić coś stosownie do okoliczności. Właśnie tak pracuję: kształtuję rezultat zgodnie z tym, czego wymaga dany projekt. Na przestrzeni lat oznaczało to korzystanie z bardzo różnych mediów. Na początku zajmowałam się głównie malarstwem. Później zaczęłam sięgać do historii sztuki ziemi, reinterpretując ją z perspektywy współczesnych wyzwań związanych z bezpieczeństwem żywnościowym, bioróżnorodnością i  szczególnie glebą. 

Coraz częściej pracuję z filmem i dźwiękiem. Próbuję na nowo uruchomić w odbiorcach wrażliwość na te tematy przebić się przez zmęczenie i odrętwienie, które u wielu ludzi wywołuje stała obecność lęku klimatycznego. 

Czy to była Twoja pierwsza realizacja w Polsce? 

Tak. Mariannę Dobkowską poznałam w Berlinie podczas pracy, którą realizowałam na festiwalu Konteksty w ramach ich programu weekendowego. Wcześniej działałam z Sebastianem Cichockim przy EVA International i bardzo ceniłam jego otwartość oraz sposób pracy, które pozwalają myśleć o sztuce w kontekście aktualnych uwarunkowań społecznych, politycznych, środowiskowych i ekologicznych. Bardzo dobrze się rozumieliśmy. 
Przyjazd do Warszawy był dla mnie w pewnym sensie jak powrót do domu. Czułam się tam niezwykle swobodnie, także podczas prowadzenia badań  bo Polskę łączy z Irlandią wiele wspólnych tematów. Ludzie często mówią, że nasze kraje są do siebie podobne. Zgadzam się z tym  również, jeśli chodzi o mierzenie się z dziedzictwem kolonialnym. W Polsce przybiera ono inną formę, ale emocjonalne reakcje są bardzo zbliżone: poczucie bycia gorszym, doświadczenie wykluczenia czy pozostania z tyłu. Szczególnie zauważałam to podczas rozmów z polskimi rolnikami. 

Czy mogłabyś opowiedzieć więcej o badaniach, które prowadziłaś w Polsce podczas rezydencji? 

Czuję się ogromnie uprzywilejowana, że mogłam rozwijać badania do nowego projektu wyrastającego wprost z The Quickening i z pokazów tego filmu w środowiskach wiejskich, często dla publiczności złożonej głównie z rolników. Po jednym z takich pokazów dostałam SMS-a od rolnika: To pierwsza rzecz, którą widziałem, w jakimś stopniu tłumacząca, z czym się mierzymy. 

Wciąż spotykam się z desperacją rolników  rozgoryczeniem tym, że przedstawia się ich jako tych złych w debacie klimatycznej i że narracja dotycząca rolnictwa jest tak uproszczona. Zrozumiałam, że muszę wykonać kolejną pracę: wykorzystać potencjał The Quickening, by otworzyć trudne rozmowy z rolnikami. 

Zaczęłam organizować kameralne pokazy filmu czasem w kuchniach, czasem w świetlicach i nagrywać odpowiedzi uczestników tych spotkań. Chciałam robić to w całej Europie, bo rolników wszędzie dotykają te same problemy zwłaszcza tych pracujących w małych gospodarstwach. W ciągu roku udało mi się przystąpić do badań. Kiedy zaczęłam o tym poważnie myśleć, poznałam Mariannę i zaczęłyśmy korespondować. Bardzo zależało mi na przyjeździe do Polski. W Irlandii pracuje wiele Polek i Polaków, a sposób, w jaki mówią o ziemi, uprawie, gotowaniu i ziemniakach, jest mi niezwykle bliski. 

Marianna zaproponowała mi miesięczną rezydencję i  co jeszcze bardziej wyjątkowe zapytała, czego potrzebuję. Zorganizowała współpracę z Olgą Roszkowską z kolektywu Zakole. Olga świetnie mówi po angielsku i w dodatku prowadzi samochód, co przy badaniach nad rolnictwem w Polsce jest absolutnie kluczowe. 

Odwiedziłyśmy dwa regiony: Suwalszczyznę i Polesie  oba niezwykle piękne i w pewien sposób przypominające Irlandię. Przeprowadziłyśmy szeroko zakrojone badania terenowe i odwiedziłyśmy dwanaście gospodarstw. Od tamtej pory wspólnie analizujemy nagrania. 
Olga właśnie wróciła z rezydencji w Irlandii u Natalii Beylis  wspaniałej artystki dźwiękowej, która będzie pracować nad muzyką do nowego projektu. To będzie cykl pieśni oparty na słowach rolników z każdego kraju. Wykonamy je w Unii Europejskiej  w Parlamencie Europejskim lub obok  aby głosy mniejszych rolników z całej Europy mogły dotrzeć bezpośrednio do polityków. 

Polityki unijne często wyrastają z najlepszych intencji, ale dobre intencje potrafią prowadzić do złych efektów. Regulacje nie zawsze odpowiadają temu, co dzieje się w terenie. Różne państwa wdrażają je też po swojemu  na przykład w Irlandii często z nadmierną gorliwością, z obawy przed karami. Nasi producenci serów mierzą się z ogromnymi obciążeniami regulacyjnymi; dokładnie to samo dzieje się w Polsce, we Włoszech i w Hiszpanii. Jednym ze sposobów, by głosy rolników zostały usłyszane, jest wykorzystanie sztuki i jej kapitału kulturowego do stworzenia dla nich przestrzeni. 

Czy łatwo było nawiązać relacje z rolnikami w Polsce? Jak reagowali na twoje wizyty i pytania? 

Przede wszystkim bardzo pomogła mi Olga, która miała już kontakty w obu odwiedzanych przez nas regionach. Taki pośrednik jest niezwykle ważny. Muszę też powiedzieć, że nigdy żaden rolnik w żadnym kraju nie odmówił mi rozmowy. Nie z powodu mojego uroku, lecz dlatego, że nie przychodzę jako ekspertka  oni to widzą. Przychodzę jako artystka, z pewnym zrozumieniem ich doświadczeń. A rolnicy są spragnieni opowiadania o tym, z czym się mierzą. 

W Polsce, jak w wielu krajach Europy, sytuacja jest politycznie napięta. Partie prawicowe wykorzystują poczucie wykluczenia, które wielu rolników bardzo dotkliwie przeżywa. W Irlandii dzieje się to samo. Dlatego próbuję stworzyć przestrzeń poza tym upolitycznionym kontekstem dla tych, którzy czują się pozbawieni głosu. 

Nie twierdzę, że mogę coś zmienić to przekracza moje możliwości. Mogę jednak uczynić widoczną złożoność problemów i podważyć uproszczone narracje, które dominują w debacie publicznej. Mogę też dać ludziom chwilę, w której zostaną wysłuchani. 
Chcę teraz pracować nad nagraniami i wyłonić z nich kluczowe wątki. Wspólnie z pisarzami i kompozytorką Natalią Beylis stworzymy sześć pieśni. Wykonamy je w każdym kraju. Zaproszę ministrów rolnictwa do udziału w tych performansach. To ma być akt świadkowania. Wątpię, że przyjdą, ale zobaczymy. 

Jeśli nie przyjdą, zaproszę kolejne osoby w łańcuchu decyzyjnym. A jeśli nikt nie przyjdzie, pieśni zostaną wykonane dla samej gleby  i to również zostanie sfilmowane. Efektem projektu będą: występ w Parlamencie Europejskim, koncert w Irlandii i  o ile się uda zdobyć środki  instalacja prezentująca wszystkie sześć pieśni w sześciu językach (w tym po irlandzku), jako część objazdowej wystawy. Bardzo chciałabym, aby trafiła również do Polski. 

Widziałam online twój projekt Eat Food Policy Feast i bardzo mnie poruszył. Czy mogłabyś o nim opowiedzieć? 

Eat Food Policy Feast i druga uczta, którą zorganizowałam wokół tematu gleby, zostały starannie zaprojektowane, by odsunąć uczestników od ich nawykowych ról. Polityk mówi zawsze z perspektywy polityka, rolnik  rolnika, naukowiec  naukowca. Samo posadzenie ich przy jednym stole nie wystarcza, by otwarcie rozmawiali czy wspólnie wyobrażali sobie możliwe rozwiązania. 

Moim celem było stworzenie pęknięcia w ich nawykach. Każdy element  od zastawy, którą wykonałam własnoręcznie, przez sztućce z wygrawerowanymi cytatami z badań  miał prowokować, niepokoić i otwierać rozmowę. Nawet składniki każdego dania zostały dobrane tak, by uruchamiać refleksję. Zaprosiłam także dwie artystki, by wcieliły się w rolę bean an tí  archetypicznej gospodyni przewodzącej stołowi. Ta figura trzymała przestrzeń, nadawała rytm rozmowie i pilnowała, by atmosfera była zarazem gościnna i lekko wymagająca. 
Pojawiło się też pewnego rodzaju alter ego  błazen, który krążył wokół stołu i interweniował, gdy trzeba było kogoś włączyć do rozmowy lub poskromić czyjąś dominację. Stoły powstały z koryt do karmienia zwierząt, zostały wypełnione kompostem i przykryte szkłem. Później używałam ich w instalacjach, a ostatecznie wracały do rolników, tak że cały proces miał swój piękny obieg. 

W ziemniakach leżących na stołach ukryłam dziewięć mikrofonów. Wszyscy wiedzieli, że rozmowy będą nagrywane, i nikomu to nie przeszkadzało. W efekcie powstało osiemnaście nagrań  to koszmar do transkrypcji, ale niezwykle cenny materiał. 

Celem uczty było uchwycenie pełnej złożoności głosów potrzebnych do The Quickening. Transkrypcja liczy prawie 300 stron i stanowi ważne źródło analiz. Prowadzę obecnie rozmowy z badaczem, który być może wykorzysta ją w swojej pracy. 

Działanie w powolnym, uważnym tempie sprawiło, że sama zastawa powstawała prawie rok. Ale dało mi to rzadką możliwość myślenia poprzez wytwarzanie. Większość mojej pracy to dziś komputer. Podczas tworzenia zastawy słuchałam współczesnej irlandzkiej muzyki folkowej, w ten sposób odkryłam muzyków, z którymi później chciałam pracować przy The Quickening. 

Opowiesz więcej o The Quickening? 

W pewnym sensie uczty były bezpośrednią drogą do The Quickening. To one dostarczyły materiału do libretta, nad którym pracowałam prawie trzy miesiące z pisarką Joanną Walsh i kuratorką-producentką Georginą Jackson. Zredukowanie wszystkiego do jedenastu stron było niezwykle trudne; wiele musiałyśmy pominąć. 

Zaczęłam od głosów. Jednocześnie przez rok nagrywałam dźwięki na farmach i w krajobrazach razem z Johnem Brennanem, z którym regularnie współpracuję. Rejestrowaliśmy obecność nieludzkich mieszkańców świata, którzy współistnieją z nami. Ogromnie pomogła nam rolniczka prowadząca gospodarstwo nastawione na bioróżnorodność, szczególnie na chrząszcze gnojowe. Dzięki niej zyskaliśmy niezwykłą paletę dźwięków. Zależało mi na tym, by mieszkańcy gleby mieli równoważny głos. 

Na początku mówiłaś o znaczeniu lokalności i o tym, jak ważna była dla ciebie lokalna wiedza Olgi. Co oznacza dla ciebie lokalność w praktyce artystycznej? 

Lokalność to dla mnie punkt skupienia przestrzeń, w której mogę prowadzić pogłębione badania nad politycznymi dynamikami kształtującymi codzienność. To miejsce, któremu mogę poświęcić pełną uwagę i wsłuchać się w to, co samo ma do powiedzenia. 

Odwiedziłaś także Zakole Wawerskie. Jakie zrobiło na Tobie wrażenie? 

Powiedziałam Oldze, że Zakole przypomina mi podobne enklawy, które istnieją w wielu miastach niewielkie obszary wymykające się logice planowania i jakoś unikające zabudowy. Dorastałam w Limerick. Tam na obrzeżach miasta istniało podobne podmokłe miejsce, uformowane przez rzekę Shannon. Po mojej wyprowadzce zbudowano drogę, która je odcięła podobnie jak obwodnice odcięły Zakole. 

Takie enklawy są kluczowe, stanowią płuca i gąbkę miasta. Ekologia Zakola jest niezwykła. Sposób, w jaki kolektyw Zakole mapuje ten teren i uwidacznia jego głosy żaby, bioróżnorodność, zmienne rytmy głęboko ze mną rezonuje. W pewnym sensie ich praca ucieleśnia to samo, co opisałam: pełne skupienie i uważne słuchanie tego, co miejsce samo komunikuje.