SAM Rozkwit
Anna Pajęcka: Kim jesteście i jak znaleźliście się wspólnie w Stowarzyszeniu Aktywności Miejskich „Rozkwit”?
Megi Malinowska: Jestem projektantką, współzałożycielką Tabandy. Projektujemy i produkujemy meble – to moje najstarsze „dziecko”. Równolegle uczę projektowania produktu i materiałoznawstwa w School of Form na SWPS. Działam w Trójmieście: tu mieści się siedziba Tabandy oraz nasze pracownie – stolarska i ceramiczna. Współpracujemy ze studentami gdańskiej ASP, prowadzimy warsztaty. Nasza pracownia „Prototypy” to zespół multidyscyplinarny – w takim trybie też pracuję.
Ola Andrzejewska: Też funkcjonuję na styku dyscyplin – bywa to i piękne, i męczące. Z Megi poznałyśmy się na architekturze w Trójmieście, później dołączyłam do School of Form jako wykładowczyni. Realizuję projekty graficzne i artystyczne, zwykle zespołowo. „Rozkwit” stał się dla nas czymś w rodzaju mikro-NGO – wspólnym polem, które nas porwało. Współpracuję z Ośrodkiem Myśli Psychoanalitycznej. Chcę coraz bardziej pogłębiać wiedzę o ochronie przyrody, by łączyć języki projektowania, humanistyki i nauk przyrodniczych – tak jak robimy to przy czyżni.
Czyli wchodzisz w botanikę?
Ola Andrzejewska: Tak – to ważny wątek także w naszych działaniach w ramach Wspólnego pola.
Mateusz Szymczycha: Zawodowo pracuję biurowo w obszarze ochrony środowiska, choć z wykształcenia jestem socjologiem. Do „Rozkwitu” trafiłem przez ogrody działkowe. Znałem Olę ze studiów; była działkowiczką i prezeską ogrodu w kryzysie planistycznym – to wymagało mobilizacji. Wciągnąłem się, a po latach sam zostałem działkowcem. U źródeł „Rozkwitu” leżą właśnie ROD-y – to motyw przewodni naszych działań artystyczno-społecznych. Z czasem wyszliśmy szerzej, ku zieleni i przyrodzie miejskiej.
Stąd się wzięła czyżnia?
Mateusz Szymczycha: Czyżnia dotyka roślinności śródpolnej, a teren przy Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski to zieleń publiczna, nie działka. Dzisiejszy projekt o zieleni miejskiej wyrasta więc z doświadczeń działkowych, do których chętnie wracamy, nawet jeśli nie wszystko jest z nimi wprost związane.
Ogródki działkowe dla jednych są sprywatyzowanymi zielonymi enklawami, dla innych ważnymi mikrowspólnotami i realnym dostępem do natury w mieście. Jak podeszliście do tego na początku i jak myślicie o tym dziś?
Ola Andrzejewska: Zacznę, bo jestem „starą” działkowiczką. To nie jest stanowisko, które nas wszystkich wiąże – mamy podobne kierunki myślenia, ale różne akcenty, więc Mateusz pewnie doda coś od siebie. Kiedyś zgłosiłam się do zarządu Ogrodu Obrońców Pokoju na Mokotowie i zostałam prezeską. Zachwyciło mnie, że ogród był otwarty, można było swobodnie spacerować. Szybko się jednak okazało, że to trudna funkcja. Ludzie przyjmują skrajne postawy, ulegają silnym emocjom, nierzadko retoryce strachu.
Pojawił się też problem planu zagospodarowania. Groźba likwidacji ogrodu na moment wszystkich zjednoczyła: „Idźmy razem z mieszkańcami przeciw zniszczeniu ogrodu”. Gdy zagrożenie minęło, wróciły pomysły na zamykanie Ogrodu dla spacerowiczów. Pandemia stała się dodatkowym pretekstem, by już go nie otwierać. Napięcie „otwieranie vs zamykanie” jest wyraźne nawet w małych ogrodach.
Jako „Rozkwit” współtworzyliśmy z miastem program „Naprzód działki!” o miękkim otwieraniu: poprzez małe działania, wspólne budowanie, okazjonalne wydarzenia dla mieszkańców. W trzech warszawskich ogrodach (ROD Fort Szczęśliwice, ROD Wiarus, ROD Zelmot) udało się zmienić myślenie, choć nie otworzyły się na stałe, raczej otwierają się cyklicznie.
Po latach mam w sobie dużo rozczarowania. Uważam, że niektórych rzeczy nie da się naprawić.
Mateuszu, polemicznie?
Mateusz Szymczycha: Patrzę na to trochę bardziej optymistycznie. Może dlatego, że nie mam doświadczeń Oli, choć część jej zmagań widziałem z bliska. To, że ogródki bywają postrzegane jako przestrzenie prywatne, nie wzięło się znikąd: wiele ogrodów jest słabo dostępnych. Mój ogród organizuje otwarte wydarzenia, ale na co dzień też nie jest ogólnodostępny, więc taki odbiór bywa zrozumiały.
Problem zaczyna się wtedy, gdy sami działkowcy uważają ogród za swoją własność. Formalnie, nabywając działkę, nie kupuje się gruntu, tylko prawo do użytkowania na określonych zasadach. Jeśli ktoś uporczywie je łamie, zarząd musi mieć narzędzia, choćby upomnienia, by te zasady egzekwować. Ogrody działkowe mają wszystkie typowe wady wspólnot – to pewne. Mimo to chciałbym wierzyć, że działki da się „uratować”, także przed nimi samymi.
Cała nasza praca w „Rozkwicie” opiera się na przekonaniu, że nie da się oczekiwać od mieszkańców pozytywnego, emocjonalnego stosunku do przestrzeni, z których nie mogą korzystać, w tym wypadku ogrodów działkowych. Stąd, w miarę możliwości, nasze próby otwierania ogrodów: częściowo udane, częściowo nie.
Często działkowcy retorycznie odwołują się do korzyści ekologicznych – retencji wody czy sekwestracji węgla. W kontrze się argumentuje, że miejskie parki również je zapewniają – to prawda, ale jednak w nieco inny sposób. Skoro te argumenty tyle razy padały w debatach o ogrodach, dziś trzeba wypełniać je treścią: realnymi działaniami, nie tylko retoryką. Na szczęście rośnie świadomość wśród części zarządów i działkowców, że coś musi się zmienić – choćby umożliwienie mieszkańcom okazjonalnego korzystania z tych miejsc. Bo w obecnej sytuacji dlaczego mieliby bronić ich trwania?
Megi Malinowska: Nie mam działki w mieście; znam je z dzieciństwa u dziadków. Teraz mam leśną działkę w Borach Tucholskich – to inny świat. Do ROD-ów wciągnęły mnie „Rozkwit” i Ola: chodzenie po alejkach, działania ze studentami. Widziałam też „niewidzialność” tych miejsc – zamknięte furtki, klucze, onieśmielenie. Są jednak wyjątki, z przejściami-skrótami. Mimo wad mam dla tych miejsc dużo czułości, nauczyłam się jej dzięki „Rozkwitowi”.
Już wiem, że doświadczenie, które testowaliście podczas rezydencji, wyrosło z praktyk działkowych. Czym zatem jest czyżnia?
Ola Andrzejewska: Pojęcie czyżnia pochodzi z fitosocjologii i oznacza typ zieleni, zwykle śródpolnej, na styku ekosystemów. Czyżnia zainteresowała nas w kontekście Wspólnego pola, które nie jest tylko dla ludzi. Łatwo tu popaść w romantyzm, a przecież organizmy często wymagają ochrony przed nami. Chcieliśmy więc wyznaczyć „linię ochronną” – pas schronienia, który staje się pretekstem do rozmowy o praktykach ochrony. Strefy styku bywają najbogatsze, więc prawdziwe współdzielenie to czasem wyłączenie przestrzeni z ludzkiego użytku.
Megi projektowała naturalne formy architektoniczne, a my szukaliśmy, co realnie chroni naturę przed nami. Tak trafiliśmy na czyżnię: splątane, kolczaste zarośla z „nieładnych” gatunków, w które się nie wchodzi. Chcemy, by z czasem stały się chaszczami, mieszanką roślin z naturalnych czyżni i kilku tanich, miejskich gatunków. Taki miks wsi i miasta.
Konrad Fleszar, także rezydent {Wspólnego pola}, opowiadał mi o idei „subwersywnych rzeźb”. Można je stawiać na nowych osiedlach, mających w planie inwestycyjnym wpisaną sztukę w przestrzeni publicznej. Wnętrze tych rzeźb staje się siedliskiem dla nieludzkich organizmów. Co sądzicie?
Megi Malinowska: A może zamiast rzeźby – obowiązkowa czyżnia? Wiem, estetyzacja wciąż rządzi, ale projektowanie się zmienia. Ograniczeniem są parkingi podziemne, wtedy zostaje niska zieleń i rzeźba-siedlisko jako sprytna taktyka. Równolegle walczmy o warunki zabudowy z kieszeniami gruntu pod drzewa.
Ola Andrzejewska: Gdy podłoże jest betonowe, hackowanie ma sens: w „brzuchu” rzeźby robimy szczeliny, norki, mikrohabitaty. To metoda wyrywania miejsca dla życia.
W innych działaniach, m.in. kolektywu GALAS czy Julii Ciunowicz, wyszło wam, że wspólna praca – przy gotowaniu czy wyplataniu – ułatwia tworzenie więzi. Jak działa w tym kontekście „robota przy ziemi”?
Ola Andrzejewska: Świetnie. Ludzie przychodzili, dopytywali o szczegóły i pracowali obok siebie w ciszy albo w krótkich rozmowach. Wspólny wysiłek koi.
Megi Malinowska: Choć projektuję, najlepiej czuję się w pracy fizycznej – ma początek i koniec. Na warsztacie powstały mikroekipy: jedni rozpakowywali kartony, inni zajmowali się ziemią, wkładaniem skorupek jaj do dołków, sadzeniem. Bez zespołu by się nie udało. Były też urocze sceny: ktoś kończył po kolana w kompoście, ktoś przyszedł zupełnie nieprzygotowany na pracę w ziemi, w ładnych, czerwonych butach.
Ola Andrzejewska: Próg wejścia jest niski – wpadasz na moment, a zostajesz na godziny. Nie wszystko trzeba planować do śrubki; odrobina żywiołu scala.
Mateusz Szymczycha: Tu spotkanie prowadzi do działania, bez teatralnych autoprezentacji. Sensownie zaplanowana praca nadaje rytm i odciąża rozmowę. Poprzedziliśmy ją mikrowarsztatem: szukaliśmy pól semantycznych wokół miejskiej formy zieleni. To była bardziej gra towarzyska niż teoria – żeby uporządkować, a jednocześnie rozluźnić myślenie, zanim pójdziemy machać łopatą.
Czyli połączyliście fizyczną robotę z wyobraźnią i słowem.
Mateusz Szymczycha: Myśleliśmy o tym, by uczestnicy współprojektowali fragment czyżni na żywo, ale byłoby tego za dużo, więc kompozycję ściany roślin zaprojektowaliśmy wcześniej. Nie chcieliśmy jednak odbierać sprawstwa, więc daliśmy je w warstwie spekulatywnej – w pracy wyobraźni.
Ola Andrzejewska: To małe oszustwo można rozszerzyć: ekologia też bywa podprogowa, przemyca idee. Mieliśmy śmieszny moment w rozmowie z pozostałymi rezydentami: ktoś powiedział, że słowo czyżnia nie daje się przetłumaczyć i stawia opór już w wymowie. Nasz warsztat był próbą oswajania dzikości, dotknięcia cierni bez domykania wniosków.
Mateusz Szymczycha: Dlatego ćwiczenia były o „dzikości” – pojęciu, od którego każdy zaczynał, ale podążał gdzieś indziej. Wiedzieliśmy, że myśl skręci ku czyżni, ale rama była szeroka: dzikość jako przestrzeń wielu form życia, nie tylko roślin.
Megi Malinowska: Na warsztacie 20 osób nadało dzikości własne barwy, dźwięki, skojarzenia. Nie chodziło tylko o kopanie dołów – chcieliśmy najpierw zobaczyć, usłyszeć, poczuć więcej. To też lekarstwo na plant blindness – ślepotę na rośliny. Zieleń bywa tłem. Rozgrzewka językowa wyostrzyła zmysły. I daje dobre proporcje: najpierw myśl, potem pot.
Kiedy wasz proces nabierze dojrzałego, pełnego kształtu?
Ola Andrzejewska: Efekt będzie, gdy czyżnia zgęstnieje w prawdziwą barierę. Na razie to „chudziaki”. Rok był suchy; część roślin poparzył obornik, kilka uschło. To eksperyment, część zginie, część zostanie. Patrzmy nieantropocentrycznie: to organizm – rośliny, grzyby, gleba. Jeśli przetrwają ⅔ czyżni, uznam to za sukces. Za dwa lata powinna się porządnie rozkrzewić, po trzech – zbliżyć do celu.
Mateusz Szymczycha: Sukces nastąpi w chwili, gdy z zewnątrz nie będzie się już dało przebić ręką przez gęstwinę – długość ręki jako test komfortu dla istot szukających schronienia.
Gdzie szukać czyżni, jeśli chce się ją odwiedzić?
Ola Andrzejewska: Szukaj w kąciku przy skarpie. Jak zauważyła Megi, czyżnia łączy park ze skarpą. Na razie to inkubator: wydzielony plac, który potrzebuje wzrostu, by spełnić swoją funkcję.
Megi Malinowska: A propos gości: w parku jest sporo jeży – widziałyśmy je na fotopułapce. Czy korzystają z czyżni? Nie wiemy, ale chcemy wierzyć, że tak. Paweł, ornitolog z Zamku, doliczył się 41 gatunków ptaków; około połowa gniazduje w okolicy. Chciałybyśmy, by czyżnia stała się schronieniem dla tych gatunków i miejscem ich gniazdowania.