SQUIR

Anna Pajęcka: Jesteście grupą, która gromadzi osoby o bardzo różnorodnych doświadczeniach twórczych, ze zróżnicowanym backgroundem. Jak powstał wasz kolektyw i kogo skupia? 

Pau Woźniczka: Grupa SQUIR wyłoniła się z praktyk Queerowej Akademii Ruchu, oddolnej inicjatywy działającej od 2022 roku. Akademia była laboratorium i przestrzenią wymiany dla osób zainteresowanych performansem, choreografią, ruchem i somatyką  miejscem spotkań po to, żeby być razem w ciele. Każda osoba mogła proponować praktyki, prowadzić spotkania, uczyć, a wiedza traktowana była jako coś, co wytwarza się poprzez doświadczenie cielesne, a nie ekspercki status. Z tej sieci relacji wyłoniła się mniejsza grupa. Zaczęłyśmy funkcjonować jako bardziej zwarte ciało choć długo bez nazwy, w płynnej, nie do końca zdefiniowanej formie, balansując między byciem kolektywem, grupą roboczą i kręgiem przyjaciółek. 

Alicja Czyczel: Kolektyw wyłonił się ze spotkania dwóch społeczności skupionych wokół Queerowej Akademii Ruchu, o której wspomniała Pau, i Przestrzeni Wspólnej  grupy wsparcia i platformy wymiany wiedzy otwartej dla osób rozproszonych po całej Polsce i zajmujących się choreografią, tańcem współczesnym i somatyką. Poznałyśmy się w działaniu w większym organizatorskim gronie, kiedy wymyślałyśmy i koordynowałyśmy w 2023 roku półroczny projekt Wielka Księga Scorów na Jasnej 10  w Świetlicy Krytyki Politycznej w Warszawie. Dzięki temu procesowi miałyśmy okazję się lepiej poznać i uczyć współdziałania. 

Jagna Nawrocka: SQUIR jako nazwa i formalna struktura pojawił się dopiero przy okazji współpracy z Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. W 2025 roku kolektyw się skonsolidował i niemal równocześnie rozpoczął proces domykania. Dwa dni temu podjęłyśmy wspólną decyzję o zakończeniu działalności w tym formacie. 

 

Wspominałyście, że wasz kolektyw w pewnym sensie zawiązał się z powodów instytucjonalnych poprzez współpracę z instytucją. W rozmowach z rezydentami Wspólnego pola często powraca wątek tego, jak instytucja wpływa na sposób działania kolektywu: daje dostęp do przestrzeni, narzuca rytm pracy, odciąża z części zadań, ale też ujawnia napięcia. Chciałabym zapytać, co wam dało spotkanie z instytucją w Zamku Ujazdowskim. 

Jagna Nawrocka: To pytanie jest dla nas niełatwe, bo dotyka rozproszenia, którego doświadczałyśmy jako ośmioosobowy kolektyw próbujący być razem. Okazało się to trudne. Z jednej strony rezydencja była ogromną szansą dawała wynagrodzenie, przestrzeń, zaplecze. Dla grupy ośmiu bardzo kreatywnych osób, z których każda ma setki pomysłów, to jest ogromne bogactwo i potencjał. Ale z drugiej strony wynagrodzenia, które musiałyśmy między sobą dzielić, nie pozwalały na pełne zaangażowanie. Kiedy otrzymuje się 1500 zł za dwa miesiące pracy, nie da się utrzymać, więc wiele z nas musiało dodatkowo pracować gdzie indziej. To generowało napięcia: szansa była duża, ale możliwość skorzystania z niej ograniczona. Instytucja oczekuje jednego głosu, jednomyślności. W wielu momentach musiałyśmy się wypowiadać jako kolektyw, zanim miałyśmy wypracowane narzędzia wspólnego myślenia i dyskusji. To przyspieszyło różne procesy również te trudne. 

Alicja Czyczel: SQUIR nie zawiązał się z powodów instytucjonalnych. Wyłonił się z podzielanej przez nas potrzeby tworzenia razem. Współpraca z MSN-em przyspieszyła proces wymyślania nazwy naszej grupy i sądzę, że w przypadku naszego kolektywu taka zewnętrzna motywacja bywała czasami użyteczna. Kolektywny proces twórczy generuje napięcia, konflikty, spełnienie, sukcesy, momenty radości i słabości. Nie interesuje mnie refleksja nad praktykami kooperatywnymi i kolektywnymi, która pomija złożoność wynikającą ze stawiania oporu indywidualizmowi, z brania odpowiedzialności za budowanie wspólnoty i oduczania się przemocowych praktyk (współ)pracy w kulturze. Równocześnie rzetelny opis i namysł nad tym, co się dzieje w ramach artystycznych praktyk kolektywnych, umożliwia sprawdzanie, jak te praktyki są zawłaszczane przez tak zwany rynek sztuki, w tym obieg instytucjonalny. Często z uszczerbkiem dla osób artystycznych. A czasami z korzyścią dla obu stron. 

Zamek Ujazdowski ugościł nas na warunkach, które były transparentne od początku i na które przystałyśmy. Instytucja zaoferowała noclegi dla wybranych osób, dostęp do przestrzeni socjalnych oraz możliwość rezerwacji Sali im. W. Krukowskiego na nasze działania zamknięte i otwarte dla publiczności. Dział rezydencji organizował i zapraszał nas na spotkania z innymi osobami artystycznymi przebywającymi na rezydencji. Dostęp do takich zasobów w odniesieniu do horrendalnie wysokich stawek komercyjnych za wynajem studio w Warszawie jest w moim odczuciu satysfakcjonującą ofertą. W obliczu niskiego honorarium, o którym wspomniała Jagna, oraz zasobów, o których wspomniałam przed chwilą, każda z osób z kolektywu podejmowała inną decyzję, w jakim zakresie chce być obecna w Zamku i ile uwagi poświęcić temu procesowi. 

 

Co robiłyście na rezydencji jaki temat podjęłyście, z jaką intencją albo potrzebą, przyszłyście? 

Magda Czech: Jesteśmy grupą, która dużo wytwarza, także na poziomie pragnień. Jednym z ważnych wątków było stworzenie czegoś dla społeczności, między innymi tej skupionej wokół Queerowej Akademii Ruchu, ale nie tylko. Drugą częścią szczególnie trudną do realizacji w obecnych realiach było tworzenie narzędzi pozwalających lepiej zrozumieć, czym jest nasz kolektyw i jak działa. W ramach kolektywu współtworzyłyśmy spotkania i formy świętowania dla osób związanych ze sztuką, przede wszystkim queerowych. 

Pau Woźniczka: Organizowałyśmy zamknięte warsztaty dla społeczności w sali widowiskowej i w ogrodzie  podczas których eksperymentowałyśmy z różnymi skorami i formami pracy z ciałem. Kulminacją rezydencji był Bal Transformacji i Przemiany. To kilkugodzinne wydarzenie wyrastające z pragnienia stworzenia przestrzeni świętowania i bycia razem  trochę impreza, ale przepuszczona przez lupę pytań o to, jak spędzamy ze sobą czas, jak możemy być razem w ciele, w przepływie, w kreatywności, w odkrywaniu siebie tu i teraz. Bal zaczął się od praktyk i warsztatów, przeszedł w DJ set, performatywnie otwieraną ucztę i kolację, a skończył się wspólnym tańcem. Dla mnie był to projekt marzenie: próba stworzenia tymczasowego świata, tymczasowej sfery utopii, w której ciało i przyjemność wymykają się logice codzienności i mogą rozpuścić się w poezji, doświadczaniu, smakowaniu, ślinie, pocie, muzyce, uniesieniu, w ekscesie. Mam poczucie, że cała rezydencja krążyła wokół pytania, jak integrować ciało, doświadczenie bycia razem i doświadczenie sztuki jej przeżywania i współtworzenia. Myślę o sztuce przede wszystkim jako o przestrzeni życia, a nie jako o produkcie przeznaczonym do wizualnej konsumpcji w instytucjonalnym obiegu. 

Alicja Czyczel: Ja przyszłam z potrzebą bezproduktywności i współbycia. Bardzo rzadko byłam w Zamku, dużo pracowałam wyjazdowo. 

 

Gdy oglądałam dokumentację balu, trudno mi było uwierzyć, że jest to jedno wydarzenie. Na zdjęciach widać tyle różnych rejestrów, jakby utrwalono cały cykl długotrwałych działań  od tych na zewnątrz, momentami przypominających rytuał, po zagęszczoną, performatywną przestrzeń wewnątrz. Czy mogłybyście opowiedzieć więcej o tej zmienności? 

Jagna Nawrocka: Pamiętam, że kiedy pierwszy raz przyszłyśmy do Zamku na oprowadzanie, Alek Sarna powiedziała pół żartem, pół serio, że trzeba tu zrobić bal. Ten żart bardzo szybko stał się rzeczywistością i mam wrażenie, że ta rzeczywistość trochę nas połknęła. 

Bal wyrastał jednak również przynajmniej dla mnie z doświadczenia funkcjonowania na marginesie. Ten rok był dla nas wyjątkowy: najpierw zostałyśmy zaproszone do MSN-u, później obdarzone zaufaniem w Ujazdowskim, ugoszczone, objęte wsparciem promocyjnym. To było dla nas ogromnie poruszające. Nagle znalazłyśmy się w sytuacji: jesteśmy rezydentkami, mamy do dyspozycji salę widowiskową niemal całą dobę i możemy gościć tu swoją społeczność. Ta możliwość duża i jednocześnie bardzo tymczasowa uruchomiła w nas ekscytację, która często prowadzi nas głęboko w stronę wytwarzania. Kiedy budowałyśmy program balu, pracowałyśmy z różnorodnością praktyk i podejść, które każda z nas wnosi. Nasze wspólne ciało nie powstaje przez ujednolicanie, lecz przez wymianę: przez zapraszanie się do swoich indywidualnych światów, które zamiast łączyć się w jedną linię, zaczynają wybrzmiewać polifonicznie. Ta polifonia jest dla nas bardzo charakterystyczna. 

Bal miał być dla nas przestrzenią queerowej utopii, ale utopii z zasadami. Rozmawiałyśmy o tym, że takie przestrzenie te naprawdę otwierające i bezpieczne mają własną etykietę. Dlatego duży nacisk położyłyśmy na samo preludium balu: spokojne wejście w doświadczenia różnych jakości ruchu, naszego języka ucieleśnień, narzędzi pracy z ciałem. Na przykład narzędzia związane z językiem niewerbalnym. Magda może opowiedzieć więcej o rysunkach na ciele i o tym, jak w tej przestrzeni ciało miało stać się językiem nadrzędnym, a język werbalny podrzędnym. 

Magda Czech: Współprowadziłam część praktyk poprzedzających bal, współprowadziłam też warsztaty. Najmocniej zapamiętałam moment, w którym osoby po raz pierwszy stykały się z jakąś dziwnością zarówno naszych osób, jak i samych praktyk cielesnych. Dla wielu było to doświadczenie zupełnie niecodzienne. Mogły eksplorować na przykład odległość, w jakiej chcą być od konkretnej osoby, albo w ogóle w jakiej odległości chcą pozostawać od innych ludzi czy nieludzkich aktorów. To było dla mnie bardzo poruszające. Pamiętam też, że dla części osób okazało się to trudne: nagle znalazły się w przestrzeni, w której fokus bardzo gęsto pada na ciało, na jego potrzeby i możliwości. To wymagało od nas dużej uważności i delikatności. 

Alicja Czyczel: Podczas warsztatów po stole łaziły mrówki i spijały kombuchę. 

 

Wychodząc od tego, co powiedziałaś, chciałabym zapytać o pojęcie publiczności. Mam wrażenie poprawcie mnie, jeśli się mylę że w waszej praktyce rezydencyjnej, zarówno podczas balu, jak i wydarzeń towarzyszących, właściwie odrzuciłyście tę kategorię. Osoby, które przyszły, stawały się raczej osobami współuczestniczącymi, zaproszonymi, towarzyszącymi niż widownią. Czy rzeczywiście tak o tym myślałyście? 

Jagna Nawrocka: Taka była nasza intencja żeby nie tworzyć publiczności w klasycznym, teatralnym sensie, tylko zaprosić osoby do współuczestnictwa, do współtworzenia przestrzeni. Jednocześnie mamy świadomość, że nie wszystkie osoby chcą albo mogą uczestniczyć aktywnie. Dla części bezpieczniejsze jest świadkowanie zdarzeniom. Stopniowe budowanie zaufania, wynikające choćby z doświadczeń neuroróżnorodności, z różnych progów wrażliwości, gotowości czy fizycznych możliwości, traktujemy jako spektrum partycypacji. Obecność na brzegach wydarzenia jest dla nas tak samo ważna jak obecność w jego centrum i starałyśmy się to bardzo uważnie uwzględniać. Jednak to nauka, która wymaga ciągłego pogłębiania i krytycznego podejścia, szczególnie w praktykach współtworzenia. Chcemy stwarzać warunki do redefiniowania centrum przez te osoby, które przywykły do trzymania się granic przestrzeni. 

Alicja Czyczel: Publiczność  a właściwie to, jak ona się zachowuje i co odczuwa  zmieniała się w zależności od zaproponowanego przez nas formatu. Inaczej doświadczamy, leżąc w kręgu na trawie w grupie nieznających się osób, inaczej podczas uczty w ciemnej sali, a jeszcze inaczej po godzinie wspólnego tańczenia. Z moich doświadczeń wynika, że publiczność jest sprawcza i to od niej zależy, jak odpowie na zaproszenie zakodowane w formacie, który proponujemy jako kolektyw, oraz co z niego weźmie dla siebie. 

 

Chciałabym zapytać was o praktyki niwelowania dystansu o sposoby oswajania bycia razem. Mówicie o wydarzeniu zbudowanym na pragnieniu, bliskości, przekraczaniu barier, o byciu we wspólnym rytuale, przestrzeni, ciele. W rozmowach w ramach Wspólnego pola często wracamy do tematu wspólnoty. Zaczęłam pytać rezydentki i rezydentów o to, jakie praktyki pomagają oswoić bycie razem, zdjąć z tego niezręczność wynikającą ze spotkania z nieznajomymi. Jak to działa u was? 

Pau Woźniczka: Dla nas kluczowe było pytanie o to, czym jest uczestnictwo i partycypacja. Bardzo mocno podkreśliłyśmy to w etykiecie balu i w mailu do zapisanych osób: każda forma zaangażowania jest pełnoprawnym uczestnictwem. Możesz być obecna na 1% siedzieć na peryferiach, świadkować, obserwować i być tak samo ważną częścią procesu grupowego jak osoba, która działa na 100%, intensywnie i widocznie. To był dla nas istotny temat i wiem od osób uczestniczących, że ta perspektywa naprawdę dużo zmienia. Pozwala zrozumieć, że można być różnie zaangażowaną, i że to różnie jest zaproszone, widziane, chciane a nie oceniane. 

Jagna Nawrocka: Jedną z naszych podstawowych strategii jest zabawa zarówno narracją, jak i językiem ciała, który w przestrzeni publicznej rzadko traktowany jest serio. W zamku zaproponowałyśmy dress code bagno barok, dotykałyśmy ogrodu dłońmi pokrytymi śluzem w praktykach ślimaczenia się, wirowałyśmy w eksperymentalnym oberku, wysyłałyśmy głupie miny z tarasu widokowego. To proste gesty, które przekładają nasz wewnętrzny język na język możliwy do współdzielenia poprzez praktyki cielesne i performatywne. Na przykład trzymałyśmy razem obrusik i przypominałyśmy sobie, że ruch, który wykonujemy  nawet bez bezpośredniego dotyku  wpływa na osoby bardzo od nas oddalone. To zabawa jak z przedszkola. Mamy dużo takich przedszkolnych zabaw, które przywołują dziecięce formy nawiązywania relacji. To jest nasz język: nie boimy się dziecinności. Wracamy do narzędzi, które działały, gdy byłyśmy dziećmi i przypominamy sobie, że jako dorosłe też możemy się wygłupiać, być w grupowej performatywności, w podwórkowo-dziecięcym trybie. To bardzo rozpuszcza granice. Kiedy na początku wydarzenia dzieje się coś śmiesznego, ludzie często zdejmują maski, odpuszczają konwenanse. Jedzenie też jest ważnym elementem bycia razem. Czasem  celowo trochę disgusting: wygląda dziwnie, nie wiadomo, czy jeść je ręką, czy sztućcami. Wprowadzamy sporo kontrolowanego cringe’u: wspólnego zakłopotania, śmiechu, niepewności. Normalizujemy to, że tak właśnie wygląda życie i że dobrze jest przeżywać je razem. 

Alicja Czyczel: Dla mnie niwelowanie dystansu nie jest tak istotne jak tworzenie możliwości odpuszczania. Pamiętam, jak osoby, które przyszły na warsztat, leżały wspólnie na kocyku i poduszkach na trawie. Świeciło słońce, wkoło kwitły drzewa. Tyle wystarczy. Niech ciało sobie poleży i nic nie robi.