ZAKOLE

Anna Pajęcka: Czym jest i skąd się wzięła grupa ZAKOLE? 

Pola Salicka: Jesteśmy kolektywem związanym przede wszystkim z miejscem z Zakolem Wawerskim, terenem mokradłowym w Warszawie. Nasze działania, zarówno artystyczne, jak i społeczne czy edukacyjne, są ściśle związane z tym terenem: z jego historią, ze współczesnymi uwikłaniami społeczno-politycznymi i ekologicznymi. Część naszych projektów wyrasta bezpośrednio z obserwacji tego miejsca, inne są w nim po prostu zakorzenione wynikają z relacji i doświadczenia bycia tam. Działamy od pięciu lat, na styku sztuki, aktywizmu, edukacji i praktyk kulturotwórczych. Szukamy alternatywnych form edukacji, które wychodzą poza instytucje i budynki. Od początku zapraszamy do współpracy osoby z różnych środowisk: naukowczynie, artystów, humanistów, aktywistki. 
Formalnie jest nas pięć osób, ale społeczność skupiona wokół Zakola jest znacznie szersza i wzmacnianie tych relacji jest właśnie jednym z naszych głównych założeń. 

 

Jak powstawała społeczność wokół Zakola miejsca dzikiego, położonego na Wawrze  które w pewnym sensie wy pokazaliście na nowo Warszawiakom? Jak wyglądał ten proces? 

Krysia Jędrzejewska-Szmek: To rzeczywiście ciekawy i długi proces, który cały czas trwa. Wymaga od nas dużo uważności i elastyczności. Dawniej Zakole związane było z rodzinami rolniczymi uprawiano tam głównie kapustę i ogórki, które potem kiszono i sprzedawano w Warszawie. Zanik tych praktyk rolniczych spowodował, że zerwały się też relacje mieszkańców z tym terenem. Równolegle od lat 50. miejsce to było badane przez przyrodników głównie ornitologów i botaników  ale badania te nie miały szerszego społecznego odbioru. Kiedy my się pojawiłyśmy, nie praktykowano już rolnictwa, a wyniki badań przyrodniczych były znane głównie fachowcom. Co ciekawe, osoby mieszkające tuż obok Zakola często w ogóle tam nie chodziły. Teren postrzegano jako niedostępny, dziki, czasem nawet niebezpieczny. 

Spotykałyśmy ludzi, którym dawniej rodzice zabraniali chodzić na Zakole. Zależało nam więc, żeby budować społeczność bardzo powoli, delikatnie nie poprzez masowe wydarzenia, ale przez intymne spotkania, wspólne spacery, uważne obserwacje. Nasze działania od początku miały kameralny charakter. Dopiero po kilku latach zaczęłyśmy współpracować również z rodzinami, które nadal posiadają tam prywatne grunty. To wymagało czasu i zaufania, bo ich sytuacja jest trudna nie mogą sprzedać ziemi ani jej zabudować, a miasto nie wykupuje tych terenów. 

Zakole ma jednak w sobie coś wyjątkowego osoby, które tam przychodzą, często mówią, że doświadczają innego tempa, innego sposobu bycia w świecie. To przestrzeń, która pozwala inaczej być z innymi, ale też samemu ze sobą. 

 

Jak reagowali sąsiedzi, gdy zaczęłyście tam działać?  

Krysia Jędrzejewska-Szmek: Reakcje były bardzo różne. Ze strony właścicieli gruntów często spotykałyśmy się z nieufnością trudno się dziwić. To osoby, które od lat ponoszą konsekwencje sytuacji, w której miasto blokuje zabudowę tych terenów, ale jednocześnie ich nie wykupuje. Więc my, pojawiając się tam z zamiarem działań społecznych czy ekologicznych, budziłyśmy zrozumiałą ostrożność. Mam wrażenie, że dlatego przez pierwsze lata, kiedy zaczęłyśmy bywać na Zakolu, nie miałyśmy z nimi bezpośredniego kontaktu. Pośród właścicieli panowało raczej przekonanie, że jesteśmy po drugiej stronie konfliktu i działamy na ich niekorzyść, bo mówimy, że to nie jest teren budowlany i nie powinien zmienić się w osiedle. Z czasem udało się jednak znaleźć to, co nas łączy, i zbudować relacje oparte na wzajemnym zaufaniu.  

Jeśli chodzi o codzienne spotkania na miejscu są bardzo różne. Bywają zaskakujące i nieoczywiste. Raz widziałyśmy rowerzystę niosącego rower nad głową, bo na mapie oznaczono tam szlak, a w rzeczywistości trzeba brnąć przez chaszcze. Zdarzają się osoby, które zbaczają z utartej drogi i wchodzą w zakolską dzicz i nagle trafiają na nas, pochylone nad jakimś drzewem. To zwykle prowadzi do ciekawych rozmów. 

Sąsiedzi z okolicy często powtarzają, że wiedzą o istnieniu Zakola, ale nie wiedzą, jak tam wejść, gdzie są ścieżki. Niewiele osób zna ten teren na tyle, by swobodnie po nim chodzić. Zdarzają się też niespodzianki: na przykład sokolniczka trenująca tam swojego ptaka. 

 

Jak w ogóle spotkałyście się jako kolektyw?  

Pola Salicka: To nie była romantyczna historia założycielska. Zanim powstał kolektyw, zaczęłyśmy pracować pod egidą Krytyki Politycznej jako część większego europejskiego projektu dotyczącego prawa do miasta. Krysia wniosła do tego projektu Zakole Wawerskie jako miejsce o ogromnym potencjale. Reszta z nas dołączała stopniowo i przez około dwa lata pracowałyśmy w strukturze tego grantu. Potem miejsce i wspólna praktyka okazały się dla nas na tyle ważne, że postanowiłyśmy kontynuować prace już jako kolektyw czasem niezależnie, czasem w ramach kolejnych projektów. Pięć lat miałyśmy okazję współpracować przy różnych działaniach  w Polsce i zagranicą. Wspólne pole było dla nas wyjątkowe, bo po intensywnym okresie potrzebowałyśmy czasu na namysł  by znów pobyć razem i zastanowić się, które tematy chcemy dalej rozwijać. 

 

To był rodzaj wytchnieniowej rezydencji? 

Krysia Jędrzejewska-Szmek: To nie była rezydencja wytchnieniowa w sensie braku pracy równolegle przygotowywałyśmy wystawę do Muzeum Sztuki Nowoczesnej (MSN)  ale bardzo pomogły nam warunki: wspólna pracownia, regularność spotkań, kuchnia, biblioteczka. Miałyśmy też swobodę: mogłyśmy eksperymentować i robić coś przede wszystkim dla nas samych. To realnie wzmocniło naszą współpracę. 

 

Co robiłyście w ramach spędzania czasu razem? 

Pola Salicka: Rozwijałyśmy format spotkań czytelniczych. To nie był dla nas zupełnie nowy obszar każda z nas miała doświadczenie w oddolnych kółkach lekturowych ale chciałyśmy przemyśleć go na nowo i mocniej związać z praktykami, które wypracowałyśmy na miejscu. Zorganizowałyśmy kilka wewnętrznych spotkań, zaczęłyśmy od wyznaczenia obszarów tematycznych, powiązanych z Zakolem. Tematy, które wybierałyśmy, już wcześniej krążyły w naszej pracy, ale brakowało nam czasu, by je pogłębić. Podzieliłyśmy się więc prowadzeniem i przygotowywaniem poszczególnych spotkań i zorganizowałyśmy kilka wewnętrznych sesji, wyłącznie dla kolektywu. Każda miała inną formułę i odbywała się w innym miejscu: jedno spotkanie zaprojektowałyśmy jako grę terenową, inne odbyło się w ciemności i dotyczyło duchów, do trzeciego zbudowałyśmy namiot-schron w pracowni. Pierwsze zrealizowałyśmy na samym Zakolu, miałyśmy silną potrzebę zacząć właśnie tam. 

Wątki z rezydencji pociągnęłyśmy później w MSN-ie. W programie publicznym prowadziłyśmy spotkania czytelnicze, a pomysł miękkiej bazy wyrósł z naszego namiotu-schronu testowanego w pracowni rezydencyjnej i podczas wydarzenia wieńczącego nasz turnus Wspólnego pola. 

 

Wspomniałaś o wewnętrznych spotkaniach. Były zamknięte tylko dla was, czy kogoś dopraszałyście? 

Pola Salicka: Wyłącznie dla nas, w kolektywie. 

Krysia Jędrzejewska-Szmek: I właśnie dzięki temu, że zrobiłyśmy to dla siebie, miałyśmy większą swobodę eksperymentu. Potraktowałyśmy te wewnętrzne, zakolskie spotkania jako pole badań i testów przed późniejszymi wydarzeniami publicznymi. 

 

Interesuje mnie jeszcze, na ile ramy instytucji pomagają realizować działania wspólnototwórcze w małej grupie. Czy bycie na rezydencji ujawniło dla was jakiś aspekt pracy w instytucji? Dało wam narzędzia albo granice, które okazały się pomocne? 

Krysia Jędrzejewska-Szmek: Już sam początek naszej historii opieka Krytyki Politycznej pokazał nam, jak ważne jest wsparcie instytucjonalne dla kolektywów. Pracujemy w warunkach prekaryjnych, honoraria dzielimy przez pięć, a dynamiki wszystkich osób się kumulują. Rezydencja, która nie kładła nacisku na dowożenie publicznych eventów, dawała przestrzeń na odważniejszy eksperyment. Nie musiałyśmy zajmować bezpiecznych, sprawdzonych pozycji; mogłyśmy pozwolić sobie na potknięcia i testy. To rzadkie nawet kameralne spacery wymagają od nas dopięcia i dbałości o formę, a tu mogłyśmy się pobawić metodami. 

Pola Salicka: Zgadzam się. To było też ogromne ułatwienie organizacyjne. Zsynchronizowanie pięciu kalendarzy zwykle graniczy z cudem. Podczas rezydencji było prościej: wiedziałyśmy, gdzie i kiedy się spotykamy, miałyśmy dwa miesiące i same ustalałyśmy cele. Nic nie musiałyśmy robić publicznie dopiero na koniec, razem z innymi rezydentkami, zorganizowałyśmy wspólne wydarzenie. 

Zrobiłyśmy je z dwóch powodów: po pierwsze, chciałyśmy przetestować publicznie wypracowane formuły spotkań czytelniczych; po drugie, zależało nam na zderzeniu wątków naszej pracy z tym, co robiły inne osoby. I to faktycznie wzmocniło wątek wspólnotowy nomen omen zgodnie z tytułem rezydencji Wspólne pole. 

 

Opowiedzcie mi, proszę, o kolektywnym czytaniu jako narzędziu. Jak działa, co daje grupie? Na przykład, gdyby ktoś chciał przetestować je w stowarzyszeniu czy w gronie przyjaciół, to dlaczego warto? 

Krysia Jędrzejewska-Szmek: Z jednej strony chodzi o wydzielenie czasu na skupienie na słowie rozbieranie myśli na części pierwsze i rozmowę o nich. Z drugiej o bycie razem w uważności w świecie pełnym bodźców. Dlatego łączymy czytanie i słuchanie z prostymi czynnościami manualnymi, żeby zająć ręce, a uwolnić głowę. To jednocześnie przestrzeń do wyciszenia i do pogłębionej, wspólnej pracy. 

Pola Salicka: Nie miałyśmy ambicji tworzenia zamkniętego podręcznika metod. Bardziej eksperymentowałyśmy z ucieleśnionym czytaniem. W rezydencji właściwie nie omawiałyśmy tekstów w klasycznym sensie. Sprawdzałyśmy, jak ciało wpływa na odbiór: kiedy leżysz, siedzisz, masz zamknięte oczy, czytasz sama albo słuchasz, gdy robi to ktoś inny na głos, jest ciemno, jesteś w terenie albo w pomieszczeniu. Tekst rezonuje z obrazami pamięci także pamięci ciała. Dlatego przeplatamy czytanie i słuchanie z rysowaniem, lepieniem albo prostymi zadaniami ruchowymi. Zawsze są rundki na dzielenie się wrażeniami. To pogłębia rozumienie: praca z tekstem nie musi być tylko intelektualna; jest też emocjonalna i doznaniowa. 

 

Ta fizyczność brzmi bardzo otwierająco: obserwowanie oddechu, mikroreakcji ciała w samotnym procesie czytania nie ma na to wiele miejsca. Podzielicie się z nami na koniec tym, co czytałyście? 

Krysia Jędrzejewska-Szmek: Podzieliłyśmy spotkania na trzy główne wątki: duchologia i reinterpretacje nawiedzonych archiwów, spekulacje na temat możliwych przeszłości i przyszłości (w tym kosmologia świata wyłaniającego się z wody) oraz wielogatunkowe wspólnoty i dobro wspólne (commons).  

Pola Salicka: W ramach tych wątków czytałyśmy krótkie fragmenty tekstów o bardzo różnorodnym charakterze. Były to na przykład: historia stworzenia świata według społeczności Haudenosaunee (przywoływana przez Robin Wall Kimmerer w Braiding Sweetgrass), ankiety etnobotaniczne z początku XIX wieku czy Pleasure activism pod redakcją Adrienne Maree Brown.

Rozmowę przyeprowadziła Anna Pajęcka. Zdjęcia: Dominika Jaruga

ZAKOLE