Zuzanna Szymłowska

Anna Pajęcka: Zacznijmy od twojego pola wyjściowego, czyli studiów skończyłaś studia na wydziale wzornictwa, a w swojej praktyce łączysz trzy obszary: projektowanie, ekologię i sztukę. Jak to się przenika? Jak wzornictwo wpływa na twoją artystyczną i ekologiczną praktykę? 

Zuzanna Szymłowska: Na studiach nauczyłam się myślenia o rozwiązywaniu problemów oraz narosłej wokół tego metodologii  to jest naczelna funkcja projektanta: znaleźć problem i rozwiązać go zgodnie ze sztuką. Ta perspektywa bardzo wpłynęła na moje myślenie, choć teraz staram się nieco od niej oderwać. Jestem nawet trochę zła na to modernistyczne sformatowanie. W sztuce nie musisz rozwiązywać problemów możesz po prostu zadać pytanie. I to wystarczy. 

 

Czyli sztuka pozwoliła ci wyjść z tej problemowej logiki? 

Tak. Wzornictwo często prowadzi do prób udzielania gotowych odpowiedzi, co czasem kończy się ślepymi uliczkami i stwarza sytuację przeprojektowania problemu albo przestrzeni. Rodzi nadmiar, zbytek, podtrzymuje logikę wzrostową i konieczność produkcji. W sztuce mogę pozwolić sobie na to, by zostawić coś otwartego, niekoniecznie dążyć do rozwiązania. Kiedy rozpoczęłam rezydencję, podeszłam do pracy zgodnie z logiką projektowania od zdefiniowania problemu. Dopiero w trakcie się nauczyłam, że mogę po prostu obserwować i dzielić się obserwacjami z innymi. Nie muszę nic rozwiązywać. To było wyzwalające. 

 

A skąd wzięła się ekologia w twojej praktyce? 

Zaczęło się bardzo prosto. Kiedy pisałam licencjat na Wydziale Wzornictwa to był 2023 rok albo początek 2024 pomyślałam, że najlepiej połączyć pracę dyplomową z czymś, co naprawdę kocham. A wtedy budziła się moja fascynacja ptakami i miejską ekologią. Interesowało mnie, jak natura funkcjonuje w mieście, jak zanikają podziały między tkanką architektoniczną a roślinną. Jak przemykają miastem bobry, nurogęsi, dziki. Dopiero później doszły ekofeministyczne i artystyczne wątki. Na początku chodziło o czyste bycie w naturze i aktywizm. Czytałam badania profesorki Marty Szulkin o dobrostanie ptaków w miastach, o tym, jak przegrzewają się w budkach lęgowych wieszanych przez ludzi w miejskich wyspach ciepła. Zastanawiałam się, co jako projektantka mogę z tym zrobić. Obserwowałam powstające projekty i inicjatywy. Było też trochę partyzantki ogrodniczej z przyjaciółmi (pozdrowienia dla partyzanta Andrzeja), chodzenie na spotkania kół ornitologicznych. To była stopniowa radykalizacja na rzecz bardziej sprawiedliwego współistnienia w mieście i z naturą. 

 

Na rezydencję przyjechałaś z gotowym pomysłem? 

Tak. Chciałam znaleźć w parku wokół Zamku przestrzeń, którą można byłoby wyłączyć z użytku ludzkiego i oddać temu, co nieludzkie pozwolić jej na spontaniczny rozwój, na spontaniczną sukcesję. To był mój projekt. Ale szybko się okazało, że ważniejsze jest obserwowanie tego, co już dzieje się samo. 

 

I to właśnie doprowadziło cię do pracy ze skarpą? Wiesz, ja skarpę znam z codziennych zmagań, bo mieszkam u jej podnóża. 

Skarpa warszawska, a przynajmniej jej przyzamkowa część, jest miejscem, gdzie wyłączenie z użytku ludzkiego już nastąpiło. Skarpa nie świadczy też żadnych usług ekosystemowych", jak lubią mówić projektanci i urzędnicy. Funkcjonuje nieco obok, jest tłem codziennych wędrówek z pracy i do pracy. Nie jest parkiem, przestrzenią relaksu, raczej nie jest też ostoją bioróżnorodności. Bardzo ciekawe jest obserwowanie, co się dzieje, gdy człowiek się wycofuje, ale jednocześnie przeszywa przestrzeń na wskroś swoją obecnością zarówno działając na nią z przeszłości, jak i z teraźniejszości. Skarpa w końcu była i jest przez nas przekopywana, osuszana, obsadzana drzewami, bombardowana, zgruzowana, zagłuszana szumem silników. Zaczęłam się zastanawiać, czy takie podejście pozwolenie, by sukcesja w tych miejskich przestrzeniach była zupełnie spontaniczna, by rzeczy działy się same można przeprojektować na inne miejskie przestrzenie. Czy to byłoby dobre? Czy potrzebne? Bo z czasem się okazało, że tutejsza ziemia, park jednak potrzebują opieki, wsparcia, a nie tylko zostawienia samym sobie. Nasze działanie jest tak samo częścią miejskiego ekosystemu jak działanie owadów, małych ssaków czy roślin. 

 

Czyli ekologia to nie tylko nie dotykać, ale też troszczyć się? 

Tak. Jeszcze innym wątkiem było to, jak my, ludzie, czujemy się w takich miejscach. Szukałam sposobu na wspólne bycie w nich na innych warunkach niż w parku czy rezerwacie przyrody. 

 

Wiem, że organizowałaś spacery po skarpie. Co dało ci wchodzenie w kontakt ze skarpą w grupie? 

Teraz myślę, że nabrałam przekonania, iż przestrzenie nieużytków wymagają od nas, mieszkańców miast, dużo pracy. Pracy nad zmianą przekonań na temat tego, jak powinna wyglądać miejska przestrzeń publiczna, jak powinniśmy z nią wchodzić w interakcje, jak jej słuchać. Jak szanować nieużytek. Może też przyznałam sama sobie, że te nieużytki mogą pozostać tajemnicą. Oczywiście musi też ich ktoś strzec i przechowywać o nich wiedzę. W Zamku Ujazdowskim są osoby, które wiedzą, jakie ptaki gniazdują w dziuplach drzew na skarpie, jakie rośliny i grzyby rosną na jej terenie. Spacery zaczynałam od fragmentu tekstu Gillesa Clémenta o tak zwanym trzecim krajobrazie  przestrzeniach wyłączonych spod władzy i hierarchii, niepodporządkowanych logice produktywności. Te słowa bardzo mnie poruszają, bo w mieście o zieleni najczęściej mówi się w kategoriach użyteczności że zieleń coś świadczy, że pełni funkcję, jest zasobem. A Clément pokazuje, że istnieją przestrzenie, które po prostu są poza tym reżimem. Dostrzeżenie polityczności tej kwestii było dla mnie bardzo ważne. W czasie rezydencji miałam też czas na czytanie, przyglądanie się pracy poprzednich rezydentek i rezydentów. Milena Bonilla jest jedną z artystek, która genialnie porusza temat uwikłania natury w politykę. Bardzo mnie inspiruje jej praca. 

 

Czyli spacery były sposobem, żeby to doświadczenie przekazać? 

Tak. W ich trakcie prowadziliśmy obserwacje przyglądaliśmy się przestrzeni z różnych perspektyw, by dostrzec jej inność i zmierzyć się z dyskomfortem, jaki może budzić. Celem tych spacerów nie było oswojenie natury, tylko raczej znalezienie komfortu w tym, co nieoswojone, dzikie, spleśniałe, rozpadające się. Bo skarpa jest właśnie taka i to jest w niej piękne. Chodzenie jest proste, bo daje ruch, cel, dynamikę. Ale my podczas spacerów siadaliśmy, po prostu byliśmy. I to bycie statyczne okazało się bardzo trudne. Nazwałam to dryfem statycznym  próbą odblokowania tego sposobu obecności. 

 

Używasz pojęć ekologiczne dryfowaniebiotyczna obecność. Co one znaczą? 

Dryfowanie zaczerpnęłam z tradycji sytuacjonistycznej tam odnosiło się ono do miasta, do odkrywania jego struktur poprzez chodzenie. Chciałam ten koncept przenieść w przestrzeń pozamiejską, ale jednak miejską czyli właśnie na skarpę. Bo to wciąż jest miasto: słychać hałas, czuć ruch, a jednocześnie jest tam przyroda. To fascynujące. 

 

Czyli ekologiczne dryfowanie to sposób bycia w miejskiej przyrodzie? 

Tak, i to taki, w którym próbujesz zminimalizować swoją obecność. Nie narzucać się przestrzeni, raczej pozwolić jej się prowadzić. I przyjąć, że nie jesteś w lesie, w parku, w rezerwacie że jesteś w miejscu, gdzie przyroda i miasto się przenikają. 

 

A co oznacza biotyczna obecność? 

Biotyczne to to, co żywe. Abiotyczne to, co życia nie dopuszcza. W mieście taką abiotyczną przestrzenią może być na przykład betonowy plac wystawiony na słońce, gdzie nie ma cienia, wilgoci, gdzie prawie nic nie może się osiedlić. 

 

Czyli można powiedzieć, że muzeum w swojej wyobrażonej, idealnej formie jest przestrzenią abiotyczną? 

Chyba tak. White cube jest zazwyczaj sterylny, chłodny, odcięty od życia. Wiele współczesnych muzeów właśnie to próbuje osiągnąć: stworzyć mikrokosmos wyłączony ze świata, w którym nie dzieje się nic poza kontemplacją sztuki. Obecna wystawa w Zamku Ujazdowskim Gleba i przyjaciele przełamuje ten stereotyp. Ściany sal pokryte są farbami pozyskanymi ze sfermentowanych roślin z okolicy, prace artystów wychodzą na zewnątrz w pola chwastów wokół zamku, na drzewa. 

To bardzo ciekawe właśnie w kontekście Zamku, który jest odwrotną przestrzenią  pracującą z żywą naturą wokół. Wiem, że zajmowałaś się na przykład domami dla pszczół wokół Zamku. 

To było zlecenie od Zielonego Zespołu działającego w Zamku, który badał biotyczne zdrowie parku zlecał badania gleby, ocenę stanu zdrowia drzew, odbywał konsultacje z przyrodnikami. W trakcie jednej z takich rozmów pojawił się wątek, że warto zadbać o dzikie pszczoły zwłaszcza gatunki gniazdujące w ziemi. Stworzyliśmy dla nich trzy prototypowe siedliska w różnych miejscach parku. 

 

Działają? 

To pod lipą przeżyło oblężenie większość nawierconych otworów została zamieszkana. Teraz chcemy sprawdzić, jakie to gatunki i czy lokalizacje są trafione. Projekt jest modułowy: jeśli jedna budka jest częściej zasiedlana, przeniesiemy pozostałe i zobaczymy, co się stanie. Idealnie byłoby po prostu usiąść przy wylotach i… czekać na wyfruwające pszczoły. 

 

Pszczoły były u ciebie obecne wcześniej? 

W licencjacie pracowałam z glinianymi mieszankami (glina, piasek, sieczka) interesowało mnie, co może je zasiedlać i jak takie materiały mogłyby funkcjonować w miejskiej architekturze. Owady były jednym z wątków, który naturalnie wrócił w projekcie z pszczołami. 

 

Zauważam u ciebie momenty naukowo-techniczne. Gdzie wtedy jest sztuka? 

Łączenie ekologii z projektowaniem łatwo spłaszcza podejmowane działania do wymiaru pragmatycznego. A mnie nie chodzi wyłącznie o same dane ani o realizację założeń. Chodzi mi o pracę na rzecz uzdrawiania szkodliwych relacji człowieka z innymi organizmami nieludzkimi oraz o przyglądanie się narracjom, które jako społeczeństwo tworzymy wokół ptaków, roślin, gleby, szczątków materii organicznej. To wyzwala konieczność działania narzędziami artystycznymi. Zbuntować się, przeciwstawić hierarchii określającej, co zasługuje na ochronę, a co nie. Sztuka na to pozwala, pozwala podważać scjentyczne konsensusy własną intuicją  poprzez doświadczenie, wątpliwość, radykalną troskę. Dlatego obok działań projektowych ważne są inicjowane w Zamku Ujazdowskim rozmowy, wykłady, spotkania wokół budowy czyżni powstałej podczas rezydencji kolektywu SAM Rozkwit. Po mojej rezydencji dołączyłam do kolektywu Chwaściarnia. To kolektyw zielarsko-artystyczny założony przez Julię Krupę, w którego skład obecnie wchodzą Marianna Łupina, Anna Nowakowska, Anna Kamecka oraz Martyna Chmielnicka. Jest też parę mniej aktywnych członkiń, takich przytulii Chwaściarni. Poprzez zbieractwo opowiadamy o roślinach i o narracjach, które wokół nich narosły. Nasze działania to przede wszystkim praktyka wspólnego wychodzenia w teren, praktyki uważnościowe, wymiana wiedzy.  

Zbieractwo często budzi dzisiaj wątpliwości etyczne, łatwo zaingerować w ekosystem chroniony.  

W chwaściarskim wydaniu zbieractwo to praktyka o długiej tradycji: korzystanie z tego, co rośnie wokół ciebie wraz z wiedzą, jak, gdzie i kiedy to robić. To nie tylko zrywanie roślin, ale też zbieranie opowieści. Na jednym z warsztatów, które prowadziłam wraz z Marianną Łupiną, moja mama opowiedziała nam i innym uczestnikom historię o kobylaku, czyli szczawiu kędzierzawym, pomagającym na dolegliwości żołądkowe. Wtedy pierwszy raz usłyszałam od niej, że zna tę roślinę i że stosowała ją jej babcia. 

 

Podsumowując: projektowanie daje ci narzędzia, ekologia daje wrażliwość i materiał, a sztuka przestrzeń na pytanie zamiast odpowiedzi. 

I jeszcze: sztuka pozwala wrócić do ciała. Biotyczna obecność to nie metafora. To realne bycie w miejscu: dyskomfort, chłód, zapach, szmer liści, kłucie pokrzywy, śluz ślimaka, skrzek wrony. 

 

Chciałam zapytać o twoje skojarzenie ze słowem zaniechanie. Mam je w głowie, kiedy myślę o twojej pracy. Jak je rozumiesz? 

Jako świadome oderwanie się od przymusu rozwiązania problemu. Pozwolenie, by najpierw być, słuchać, patrzeć. Rezydencja była dla mnie w dużej mierze o zaniechaniu i to było twórcze.