Normalne dni

Phoebe Blatton o swoim pobycie na rezydencji

Na początku lutego pojechałam z domu w Berlinie do Warszawy, by spędzić dwa miesiące w Zamku Ujazdowskim. Pierre Coric z Belgii i Iwan Svitlichnyi z Ukrainy byli już na miejscu; ich rezydencje zaczęły się dwa tygodnie wcześniej. Wkrótce miał jeszcze dołączyć do nas Dani Ploeger z Holandii. Wszyscy trzej zajmują się praktyką multidyscyplinarną, w której technologie będące elementem naszego życia codziennego zostają zaprzęgnięte do zasiewania niepokoju lub poruszania naszej świadomości, by skłonić nas do refleksji nad potencjalnymi konsekwencjami działań.

Zainteresowany chaosem, systemami i wibracją Pierre rozwija projekt AAZZZZ, który zaczął się jako seria książek zawierających spisy wszelkich możliwych kombinacji dających się zapisać alfabetem łacińskim przy użyciu od dwóch do pięciu znaków. Pierre podróżuje, wożąc książki ze sobą i uzupełniając je w ramach interakcji z odbiorcami. Stosując opracowany już algorytm chciałby stworzyć kolejną książkę, wykorzystując tym razem polskie znaki.

W ramach siostrzanego projektu analogiczny mechanizm wykorzystania kombinacji znaków od AA do ZZ ma być wykorzystany do wyszukiwania obrazów w Google. Jak tłumaczy Pierre, komputer każdego użytkownika zależnie od historii wcześniejszych wyszukiwań i położenia geograficznego będzie generować odmienne wyniki, dowodząc, że całkowita neutralność to fikcja. Rozmawialiśmy z Pierreem także o czynnikach wpływających na Wisłę. Rozmowa wiodła przez liczne meandry i rozgałęzienia coraz bardziej ambitne, absurdalne i optymistyczne.

Rezydencja Iwana to element pakietu, który otrzymał jako laureat Nagrody im. Kazimierza Malewicza za rok 2018. Jako rzeźbiarz i performer Iwan pracuje na pograniczu języka, danych i fizycznych odwzorowań. Czas spędzony w Warszawie poświęcił na rozwijanie projektu Shukhliada, który zapoczątkował w 2013 roku z dwojgiem przyjaciół, Lerą Polianskową i Maksem Robotowem. Shukhliada.com to przestrzeń wystawiennicza online, a zarazem platforma wsparcia dla projektów artystycznych. Zainicjowana jako twór oddolny i antyinstytucjonalny Shukhliada daje ukraińskim artystom możliwość prezentowania swojej twórczości w sposób niezależny. Rozmawialiśmy z Iwanem na jej temat także w kontekście jego zainteresowania archiwaliami oraz niedawnego niszczenia pomników na Ukrainie w ramach programu dekomunizacji i jego znaczenia dla sztuki.

Dani muzyk, performer, wykładowca i badacz poświęcił swój pobyt w Warszawie kontynuacji projektu związanego z granicami w Europie, a odzwierciedlającego jego zainteresowanie sytuacjami konfliktowymi i kryzysowymi w zderzeniu ze światem konsumpcjonizmu i zaawansowanych technologii. W swojej pracowni Dani pokazał mi kilka przedmiotów, które pozyskał bądź sam wytworzył. Stanowią one ilustrację wymowy jego praktyki w zakresie technologii, sztuki wideo, zastosowań oprogramowania, a także performansu. Jednym z tych przedmiotów był B-hind, doodbytniczy model interfejsu zasilany elektrodami, czyli zasadniczo inteligentny korek analny, umożliwiający w dobie społeczeństwa sieciowego łatwy, niewymagający instalacji dostęp do holistycznego doświadczenia ciała. Zobaczyłam także fragment drutu kolczastego z ogrodzenia mającego uniemożliwiać imigrantom przedostanie się przez węgierską granicę. Stał się on dla nas punktem wyjścia do rozmowy o granicy polsko-białoruskiej i o projekcie Daniego związanym z rozciągniętą wzdłuż niej Puszczą Białowieską.

Rozmawiałam z każdym z rezydentów o ich praktyce i nadziejach związanych z pobytem i za każdym razem dość szybko pojawiał się temat polityki zwłaszcza w kontekście naszego najbliższego otoczenia. Zamek Ujazdowski znajduje się blisko parlamentu, którego budynki hojnie przystrojono masą polskich flag. Rozmawiając, zastanawialiśmy się, co oznacza zaangażowanie w sztuki wizualne w obecnej epoce politycznej, we wszystkich naszych krajach mocno naznaczonej przybieraniem na sile populistycznego nacjonalizmu.

Po raz pierwszy odwiedziłam Warszawę w 1994 i byłam też wtedy w Zamku Ujazdowskim. Mój kuzyn pracował jako kelner w działającej tu restauracji. Książka, nad którą pracuję, opisuje moje kolejne wizyty w Warszawie. Te stały się w ostatnich latach częstsze w związku z moją pracą jako recenzentki sztuki w Polsce. Najwięcej miejsca poświęcam mojej relacji z przeszło osiemdziesięcioletnim wujem, który przeżył w stolicy niemal całe swoje życie i był tu świadkiem wielu zmian i transformacji. Wuj to ekscentryczny, lubiący wypić poeta słabo znający angielski. Ja z kolei słabo mówię po polsku. W efekcie komunikacja między nami potrafiła rozwijać się w zaskakujący sposób. Rozmyślam nad dorastaniem w Wielkiej Brytanii jako córka jego brata, artysty, który wyemigrował z Polski w latach siedemdziesiątych, i nad doświadczeniem klasowości, kultury, widoczności LGBTQ+ oraz feminizmu w świetle mojego szczególnego pochodzenia. Nasilanie się nacjonalizmu w Wielkiej Brytanii i w Polsce w oczywisty sposób stało się dla mnie pierwszoplanowym problemem. Ciekawi mnie złożoność relacji mojego ojca i moich własnych z polską tożsamością i stopień naszego zbliżenia z tym pojęciem. W moim wypadku jest on zasadniczo efektem dorastania w warunkach polskości emigranckiej, a spektrum towarzyszących mu odczuć sięga od silnej przynależności po doświadczenie syndromu oszusta.

Poza spotkaniami z wujem czas rezydencji spędzałam na wycieczkach i spotkaniach, które z pewnością wpłyną na to, jak piszę. Nie muszę chyba dodawać, że zupełnie nie spodziewałam się tego, że wszystko przyćmi wkrótce pandemia Covid-19, która w połowie marca doprowadziła do przymusowej kwarantanny w Polsce i większości europejskich krajów. Z perspektywy czasu wydaje się, że wszyscy powinniśmy byli podejść do niej z większą uważnością.

Ósmego marca wzięłam udział w corocznej manifie z okazji Dnia Kobiet. Szłam obok Pierrea, Iwana oraz przyjaciół i znajomych z Warszawy i nie tylko. Był to jeden z ostatnich normalnych dni przed przymusowym ograniczeniem możliwości przemieszczania się i gromadzenia. Frekwencja nie była zła, ale już wtedy dało się odczuć, że ludzie mniej garną się do uczestniczenia w imprezach masowych. Choć motywem przewodnim była zmiana klimatu, wiele transparentów nawiązywało do nastrojów ze słynnego Czarnego Protestu z 2016, zorganizowanego w związku z próbą wprowadzenia w Polsce całkowitego zakazu aborcji. W kolejnych tygodniach stało się jasne, że temat bynajmniej nie jest zakończony. W okresie, gdy możliwości manifestowania sprzeciwu zostały ograniczone, do Sejmu trafił kolejny projekt ustawy w tej sprawie.

Pandemia mocno ograniczyła możliwości związane z moim pobytem w Zamku Ujazdowskim. Jego końcówka upłynęła mi na sprawdzaniu, jak się mają moi najbliżsi i na rozważaniach, czy i jak powinnam wrócić do domu w Berlinie. Gdy ogłoszono, że polsko-niemiecka granica zostanie zamknięta, pogodziłam się z tym, że gromadzenie materiału i nowe warszawskie przyjaźnie będą musiały poczekać. Wyposażona w maseczkę wyruszyłam z Warszawy w dziewięciogodzinną podróż autobusem do Berlina, korzystając z jednej z bardzo już nielicznych opcji opuszczenia Polski.

I oto siedzę teraz odizolowana w domu, spisując wywiady z Pierreem, Iwanem i Danim. Rozmowy z nimi przeprowadziłam zanim jeszcze epidemia rozpętała się na dobre. Jednocześnie docierają do mnie niezwykle wymowne obrazy znajomych protestujących w kolejkach do supermarketów, w samochodach, na rowerach czy z balkonów swoich mieszkań. Wykańcza ich to, że kolejny już raz muszą bronić własnych praw, ale odnajdują siłę we wspólnym nawoływaniu.

Otwieram mój polski paszport. Wyrobiłam go za radą taty, gdy ogłaszano referendum w sprawie Brexitu. Przyjmując perspektywę cudzoziemca w Wielkiej Brytanii, przewidział on wisielczo jego wynik. Myślę teraz o czymś, co powiedział Iwan: na Ukrainie ma on wielu znajomych, którzy podobnie jak ja mają polskiego rodzica. Odmawia im się jednak przyznania polskiego obywatelstwa, bo inny kraj, z którego pochodzą, nie należy do grupy tych właściwych. Myślę o moim drugim kraju, ze wstydem ogłaszającym jedne z najczarniejszych w Europie statystyk dotyczących odsetka zgonów wywołanych Covid-19. Nasz rząd nie przygotował się do epidemii, bo zawzięcie zajmował się Brexitem swoją nacjonalistyczną misją, w której Polaków uczyniono kozłami ofiarnymi w imię choroby toczącej od środka Wielką Brytanię. Patrzę na rubrykę paszportu, gdzie napisane jest Obywatelstwo: polskie i próbuję nadać temu jakikolwiek sens. Wiem tyle, że nie ma tu miejsca na proste odpowiedzi, a za sprawą doświadczeń podczas rezydencji pytanie tylko nabrało mocy.

Fotografia: Anna Orłowska

Normalne dni